Patronowie sakramentu nawrócenia
Jednym
z patronów sakramentu nawrócenia jest Zacheusz. Kiedy wspominamy tę
przedziwną postać, przychodzi nam na myśl na zasadzie kontrastu
postać bogatego młodzieńca. Bogatemu młodzieńcowi, jako
człowiekowi bardzo "porządnemu", było chyba trudno o
skruchę. Przecież przestrzegał wszystkich przykazań
Dekalogu, dlaczego więc miałby być skruszony. A Jezus powiedział,
że takiemu człowiekowi będzie bardzo trudno wejść do królestwa
niebieskiego. On nie dostrzegł w sobie tego największego zła,
tego, jak bardzo był przywiązany do bogactw i urzędu oraz tego,
że nie wybrał Boga do końca. Jemu wydawało się, że
jeżeli przestrzega Dekalogu, to "jest w porządku" wobec
Boga. Nie wiemy, co stało się z nim później, ale ten tak bardzo
wyraźny ból Jezusa po jego odejściu wskazuje, jak zły był
jego duchowy stan.
Obok
tego "porządnego" młodego człowieka Ewangelia ukazuje
nam swoiste extremum - kanalię i
łotra - Zacheusza. Można użyć tak ostrych określeń,
bo Zacheusz, przywódca celników, czyli kolaborantów i złodziei, był
naprawdę człowiekiem godnym pożałowania zarówno w opinii własnej,
jak i otoczenia. Kiedy ten wielki grzesznik napotkał miłosierne
spojrzenie Jezusa, coś w nim drgnęło - i ta jego niezwykła
reakcja: "Panie, oto połowę mojego majątku daję ubogim,
a jeżeli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie" (Łk 19, 8). Kto z nas potrafiłby oddać połowę
majątku ubogim, a krzywdy wynagrodzić czterokrotnie? Jest w tym
swoiste szaleństwo hojności skruszonego grzesznika, który odkrył,
że jest kochany. Zacheusz naprawdę oszalał
ze zdumienia i radości. Jezus do "porządnego" młodego
człowieka zwrócił się z zachętą, by ten oddał
swoje bogactwo, ale Zacheuszowi nie mówił nic, on sam to zrobił, bez
zachęty. Mamy więc człowieka "porządnego", który
nie odpowiedział na "spojrzenie z miłością" i
odszedł smutny, i mamy herszta złodziei, który okazał się
tak wrażliwy na miłość Boga.
Znajdujące
się w wielu kościołach boczne kandelabry nazywa się od
imienia Zacheusza - zacheuszkami. Ich symbolika jest bardzo głęboka.
Ma ona przypominać nam to niezwykłe wydarzenie, kiedy to Jezus,
zamiast wstąpić na posiłek do kogoś porządnego, takiego
choćby jak bogaty młodzieniec, powiedział do herszta złodziei:
"Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się
zatrzymać w twoim domu" (Łk 19, 5). Przyjście do kogoś w gościnę
oznaczało wówczas nawiązanie z tym kimś pewnej duchowej komunii.
To nie było tylko zwykłe przyjście na posiłek czy przyjęcie.
Nie chodziło o to, żeby coś zjeść, ale by wejść
z kimś w szczególny, intymny kontakt. Jezus wybrał Zacheusza, aby wejść
w osobową komunię właśnie z nim. Przychodząc do domu
pewnie największego złodzieja Jerycha, samą swoją obecnością
dokonał konsekracji tego domu. Dom Zacheusza stał się przez to
jakby świątynią i sanktuarium. Może czasem mamy ochotę
powiedzieć Jezusowi: Panie Jezu, jaki Ty masz kiepski gust, jeśli
wybierasz sobie na sanktuarium dom i serce złodzieja. Ale taki jest Bóg - szalony w swojej miłości ku człowiekowi.
Jezus przyszedł do Zacheusza, aby przynieść zbawienie jego
domowi. Domowi, to znaczy samemu Zacheuszowi, jego rodzinie, ale i tym
wszystkim, którzy do niego przychodzili i zasiadali z nim do stołu, a więc
podobnym jemu celnikom i grzesznikom. Przyszedł, by z nimi tworzyć
komunię, by przyjąć ich do tej konsekrowanej przez siebie świątyni.
Serce Zacheusza stało się
sanktuarium Boga, bo było to serce naprawdę skruszone. Tylko
bowiem z serca skruszonego Jezus może uczynić swoją prawdziwą
świątynię.
Patronem
sakramentu pokuty jest również dobry łotr. Jego "spowiedź"
odbyła się na krzyżu. Tam przyznał się do winy mówiąc:
"My przecież odbieramy słuszną karę za nasze
uczynki" (Łk 23, 41). Co
działo się wtedy w jego duszy, pozostanie dla nas tajemnicą.
Jedynie po skutkach możemy domyślać się niezwykłego
cudu łaski. Ten człowiek musiał być bardzo skruszony, z
pewnością czuł się kimś najgorszym, był przecież
bandytą i człowiekiem bez czci w opinii otoczenia. Ukrzyżowanie
bowiem oznaczało również pozbawienie skazanego wszelkich praw. Łotr
umierał w męczarniach na oczach wszystkich i godził się na
to. Tym swoim stwierdzeniem: "My słusznie cierpimy", jakby mówił
- "tak, mnie się to należy, zasłużyłem na
to". Musiał wtedy zstąpić gdzieś w głąb swej
grzeszności i zdobyć się na głębię skruchy. To z
pewnością ta postawa skruchy i głębokiej pokory uczyniła
jego serce dyspozycyjnym na przyjęcie Bożego daru wiary. Jak przecież
wielka musiała być jego wiara, jeśli w umierającym obok
pobitym, oplutym i wciąż jeszcze wyszydzanym Jezusie rozpoznał Króla
- "Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa" (Łk
23, 42). Nam tak trudno się nawrócić, bo za mało skruchy w
naszym sercu, a jeżeli mało w nas skruchy, to i wiara nasza taka płytka.