Macierzyństwo duchowe
Macierzyństwo
duchowe realizuje się poprzez środki ubogie, ponieważ realizuje
się ono przez uczestnictwo w śmierci Chrystusa: "Jeżeli
ziarno nie obumrze, zostaje tylko samo", i w Jego zmartwychwstaniu:
"Jeżeli obumrze, przynosi plon obfity". Udział w śmierci
Chrystusa dokonuje się przede wszystkim przez przyjęcie cierpienia
(zadaje ono śmierć egoizmowi), a uczestnictwo w Zmartwychwstaniu to
rodzenie się w nas nowego człowieka, uformowanego na wzór Chrystusa,
który jest Miłością. Apostolstwo jest dawaniem Chrystusa
obecnego w duszy tego, który apostołuje, jest rodzeniem Chrystusa w
duszach. Według św. Pawła apostolstwo jest macierzyństwem
duchowym: "Przez Ewangelię zrodziłem was w Chrystusie
Jezusie" (1 Kor 4, 15). Nasze
apostolstwo jako macierzyństwo duchowe jest dzięki wierze
uczestnictwem w duchowym macierzyństwie Kościoła. Przez
wiarę, która najpełniej wyraża się w stosowaniu środków
ubogich, rodzimy dusze dla Chrystusa. Macierzyństwo duchowe dokonuje się
poprzez żywe słowo, będące owocem kontemplacyjnego kontaktu
z Bogiem, poprzez modlitwę pełną oddania się Bogu, a zwłaszcza
poprzez ofiarę i cierpienie.
W
życiu św. Teresy od Dzieciątka Jezus szczególną rolę
odegrało dwóch wielkich grzeszników. Jeden pojawił się w
czternastym roku jej życia. Był nim zabójca trzech osób, Pranzini,
który mimo wyroku śmierci nie okazywał żadnej skruchy. Teresa
nie mogła pogodzić się z myślą, że może on
umrzeć bez pojednania z Bogiem. Przez półtora miesiąca wszystkie
swoje modlitwy i cierpienia ofiarowywała za Pranziniego. I otrzymała
od Boga znak: ten wielki grzesznik w ostatniej chwili przed śmiercią
chwycił krucyfiks i ucałował trzykrotnie rany Zbawiciela. Kiedy
Teresa dowiedziała się o tym, pełna wzruszenia powiedziała
do Celiny: To mój pierwszy syn. Ta, która już w czternastym roku życia
miała tak wyraźne pojęcie macierzyństwa duchowego, napisze później:
"Jedynie cierpienie może rodzić dusze dla Jezusa" (L. Cel. 8 VII 1891). Pranzini był prototypem wszystkich
grzeszników, za których Teresa chciała modlić się w sposób
szczególny i za których chciała ofiarować swoje cierpienie. Ona
wiedziała, że modlitwa może nie wystarczyć, że na szalę
- za zbawienie dusz - trzeba składać Bogu największy dar, własne
cierpienie.
Druga
postać wielkiego grzesznika, w myśl wyznań św. Teresy
jeszcze bardziej dramatyczna, to o. Hyacinthe Loyson. W autobiografii, w listach
Teresy ani w "Dziejach duszy" nazwisko to nigdy nie pada. Dwukrotnie
tylko w listach do Celiny mówi ona o "pewnej lilii zwiędniętej i
skalanej" i o "wielkim winowajcy" (L.
Cel. 2 IV 1891; 8 VII 1891). O jej pragnieniu uratowania tej duszy
dowiadujemy się z aktów procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego.
Hyacinthe Loyson, karmelita bosy, przełożony domu w Paryżu, był
świetnym, niezwykle inteligentnym mówcą. Jego konferencje poruszały
słuchaczy w całej Francji, nawet Papież gratulował mu sukcesów.
W pewnym jednak momencie ten wybitny kapłan z wielkiego kaznodziei stał
się apostatą, i to apostatą wojującym. Zaczął
przemierzać diecezje Francji i mimo licznych protestów głosił,
że Kościół odszedł od prawdziwej Ewangelii. Walczył
tak z Kościołem przez czterdzieści trzy lata. Walka ta była
dla klasztoru w Lisieux czymś przerażającym, tak że nikt tam
nie ośmielił się wymienić jego imienia. Wprost nie mówiło
się o nim nigdy, dlatego jego nazwisko nie pojawi się też w
pismach św. Teresy, ofiarowującej przez dziewięć lat swoje
modlitwy i cierpienia w jego intencji. W przypadku Pranziniego wystarczyło
półtora miesiąca, a tu dziewięć lat - i jakby nie wystarczało.
Ojciec Loyson zostaje ekskomunikowany, później napisze jeszcze otwarty
list oskarżający Kościół i Karmel. Wywołało to
wielkie protesty i gwałtowne oburzenie. Teresa jednak nie traci nadziei. Z
biciem serca powie do Celiny, że jego nawrócenie jest głównym jej
pragnieniem. "Celinko droga - pisze w jednym z listów - to wielki
winowajca, większy może winowajca niż jakikolwiek grzesznik
dotychczas nawrócony, ale czyż Jezus nie może sprawić, by stało
się coś, czego dotąd nigdy jeszcze nie dokonał, a gdyby tego
nie pragnął, czyżby obudził w sercach swoich małych
oblubienic pragnienie nieziszczalne?" (L.
Cel. 8 VII 1891). To jest ta jej często podkreślana teza, że
jeżeli Jezus daje nam pragnienie czegoś, to nie po to, by tego nie spełnić.
"Nie, to jest całkiem pewne - pisze - że On bardziej niż my
pragnie doprowadzić na powrót do owczarni tę biedną, zbłąkaną
owieczkę. Nadejdzie dzień, gdy on przejrzy" (tamże).
Kiedy
analizujemy wiarę św. Teresy, stwierdzamy, że była to wiara,
która jest pewnością. Ona wie, że Hyacinthe Loyson nawróci się.
"Nie ustawajmy w modlitwach - pisze - ufnością osiągnąć
można cudowne rezultaty. Ofiarujmy zasługi naszego Oblubieńca
Ojcu naszemu, który jest w niebie, aby jeden z braci naszych, syn Najświętszej
Maryi Panny, powrócił zwyciężony schronić się pod płaszcz
najmiłosierniejszej spośród Matek" (tamże). Teresa tak
bardzo pragnie uratować duszę tego kapłana, że ostatnią
swoją Komunię św. ofiaruje w jego intencji. Umiera ze świadomością,
że o. Hyacinthe Loyson nie nawrócił się, ale to nie podważyło
pewności jej wiary. Kapłan ten umrze w piętnaście lat po jej
śmierci, w wieku osiemdziesięciu pięciu lat. Jezus tak kochał
Teresę, że tym razem już nie musiał dawać jej znaku.
Wiedział, że ona nie przestanie wierzyć w to nawrócenie. Kiedy w
1912 roku o. Loyson umierał, nie było przy nim kapłana
katolickiego i nie było spowiedzi. Wiadomo jednak, że przed śmiercią
otrzymał on rękopis "Dziejów duszy" i że przeczytał
jednym tchem "Pisma" św. Teresy, które określił jako
"szalone i wstrząsające". Podczas jego bardzo ciężkiego
konania obecni przy nim słyszeli powtarzane słowa: "O mój cichy
Jezu". Ten ostatni akt miłości skierowany do Jezusa pozwala
przypuszczać, że o. Hyacinthe został uratowany - dzięki
modlitwom i cierpieniom Teresy. To również jej duchowy syn.
"Jedynie
cierpienie może rodzić dusze dla Jezusa". To stwierdzenie św.
Teresy ukazuje, na czym polega macierzyństwo duchowe. Matka to ta, która
daje życie i która to życie podtrzymuje. Człowiek boi się
cierpienia, ale przecież nikt z nas nie może się od niego uwolnić,
tak jak nie możemy uwolnić się od ciężaru dnia
codziennego. Nasze cierpienia i trudy mogą być jednak zmarnowane.
Dopiero ich akceptacja i połączenie z krzyżem Jezusa pozwoli nam
wkroczyć w niezwykłą tajemnicę macierzyństwa duchowego.
Macierzyństwo takie jest na mocy
uczestnictwa w królewskim kapłaństwie wiernych naszym powołaniem.
Mamy zdobywać i rodzić dusze dla Jezusa. Pomyśl, ile jest w
twoim życiu rzeczy trudnych: może brak zdrowia, konflikt domowy,
niesforne dzieci, jakiś przygniatający cię ciężar
duchowy. Mogą to być nawet rzeczy drobne, ale jeżeli są
przyjęte i ofiarowane, sprawiają, że uczestniczysz w macierzyństwie
duchowym Kościoła, że rodzisz dusze dla Chrystusa. Nie
ma nic ważniejszego nad to. Może się to dokonywać przez
apostolstwo słowa i modlitwy, ale cierpienie jest środkiem
najskuteczniejszym, co więcej jest najskuteczniejszą formą apostołowania,
bo w nim jest najwięcej ogołocenia (środek ubogi), najmniej
ciebie samego, a najwięcej Chrystusa - w
nim najbardziej rozpina się krzyż.