Dar Ducha dla Apostołów
Podczas
Ostatniej Wieczerzy Jezus powiedział do Apostołów: "Jeszcze
wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz [jeszcze] znieść nie możecie.
Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej
prawdy" (J 16, 12-13). W
przeddzień śmierci Chrystusa Apostołowie nie byli jeszcze zdolni
przyjąć całej Jego nauki, ponieważ nie zstąpił
jeszcze na nich Duch Święty. Dlaczego Duch Święty nie zstąpił
na Apostołów od razu, zaraz na początku, gdy spotkali Jezusa i poszli
za Nim? Przecież gdyby tak się stało, w pełni zrozumieliby
Jego naukę. Tymczasem oni przez cały czas niewiele rozumieli z tego,
co Jezus im mówił. Duch Święty jednak nie mógł wtedy na
nich zstąpić, ponieważ nie było w nich koniecznej
dyspozycji, nie byli jeszcze ogołoceni, nie było w nich autentycznej
pokory, nie było też autentycznej wiary - wiary, która jest bezradnością
i wszystkiego oczekuje od Boga.
Człowiek
wierzący musi zostać ogołocony z systemu zabezpieczeń. W
życiu Apostołów widać to bardzo wyraźnie. Proces ogołocenia
prowadzi albo do buntu i odejścia od Boga, albo do zdynamizowania wiary i
większego zawierzenia Bogu. Bogaty młodzieniec, który z taką
żarliwością pytał Jezusa, co ma robić, aby osiągnąć
życie wieczne, w końcu odmówił pójścia za Panem. Nie chciał
zostawić wszystkiego; nie chciał ogołocenia. Dlatego to pod jego
adresem Chrystus powie: "Łatwiej jest wielbłądowi przejść
przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa Bożego"
(Mk 10, 25). A później to
zdumienie Apostołów i reakcja Piotra: Panie, a co będzie z nami, którzy
"opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą" (Mk
10, 28).
W
duszy Piotra mogło zrodzić się jakby pewne poczucie wyższości
i zadowolenia - oto ten nie poszedł za Panem, ale my rzeczywiście
zostawiliśmy wszystko. I nie można temu zaprzeczyć. Piotr naprawdę
zostawił rodzinę, zostawił swój zawód. Podobnie Jan i Jakub.
Wiemy o nich z Ewangelii, że zostawili ojca swego Zebedeusza, który
zapewne miał jakieś rybackie przedsiębiorstwo, bo zatrudniał
najemników i był prawdopodobnie człowiekiem bogatym. Oni też
zostawili rodzinę, zawód, zabezpieczenie; zostawili wszystko, ażeby pójść
za Jezusem. Ale, jak to zwykle bywa, człowiek w jednorazowym akcie gotów
jest wszystko Panu Bogu oddać, a potem - gotów jest z powrotem wszystko
sobie przywłaszczyć.
Apostołowie,
na przykład Jan i Jakub, którzy zostawili wszystko dla Jezusa, później
są tak pewni siebie. Mają wyraźnie zarysowaną wizję
doczesnego królestwa Izraela i chcieliby zrobić w nim karierę. Co więcej,
wydaje się, że jest w nich nawet jakby zazdrość w stosunku
do Piotra, że jest wyróżniany. Ich matka, pewnie nie bez ich wiedzy,
prosi, by to oni zasiadali po prawej i lewej stronie Chrystusa. Tak więc można
zostawić wszystko, aby później wszystko przywłaszczyć. W
pragnieniach przecież Apostołowie ci przywłaszczyli sobie
pierwsze miejsca w królestwie Jezusa. To są już z ducha prawdziwi
faryzeusze, mimo że nie są nimi z nazwy ani z formalnej przynależności.
Ich faryzeizm okazuje się na przykład bardzo wyraźnie w sytuacji,
kiedy Jezus w drodze do Jerozolimy chciał przejść przez pewne
miasteczko samarytańskie, ale jego mieszkańcy z powodu swojej niechęci
do Żydów nie przyjęli Go. Wtedy to Jakub i Jan, zwani "synami
gromu", powiedzieli: "Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień
spadł z nieba i zniszczył ich" (Łk
9, 54). To jest już wyraźny rys faryzeizmu; oni - lepsi - domagają
się kary dla tych gorszych.
Można
zostawić wszystko i pójść za Panem, a później poczuć
się wielkim, lepszym od innych, to znaczy przyjąć truciznę
faryzeizmu. Tak
też stało się z Apostołami. Widzimy jednak, że dopóki
są oni tak faryzejscy, dopóki tak wiele sobie przywłaszczają,
Duch Święty nie może na nich zstąpić. A przecież
byłoby to najprostsze, gdyby już na samym początku Duch
Pocieszyciel, Ten, który uświęca i prostuje ścieżki w
duszach ludzkich, Ten, który jest światłem, zstąpił i wyjaśnił
całą naukę Jezusa. Duch
Święty nie zstąpi jednak na
człowieka bogatego duchem, o którym Jezus powie: "biada wam,
bogaczom" (Łk 6, 24). Nie może zstąpić na człowieka,
który jest pewny siebie, który jest bogaty duchem, bo taki człowiek jest
zamknięty na Jego moce, na moce Ojca
ubogich.
W
życiu Apostołów widać wyraźnie etapy
ich zbliżania się do Boga. Najpierw była w ich życiu
taka wiosna galilejska, radosna i pełna marzeń. Dopiero później
zaczną pojawiać się na horyzoncie czarne chmury, zacznie dochodzić
do konfliktów z faryzeuszami, zrodzi się obawa i lęk przed nimi -
pierwsze przebłyski oczyszczeń i pierwsze próby wiary w ich życiu.
To wtedy Tomasz, świadek niedawnych prób ukamienowania i pojmania Jezusa,
powie z wyraźną rezygnacją, prawie w rozpaczy: "Chodźmy
także i my, aby razem z Nim umrzeć" (J
11, 16). To już nie są ci triumfujący Apostołowie wiosny
galilejskiej. Teraz zaczynają się bać, bo dochodzi do
konfrontacji z elitą narodu, z potęgą, jaką w ówczesnych
czasach stanowili faryzeusze i saduceusze.
Pełne
ogołocenie i pełna próba wiary nastąpi w czasie Chrystusowej męki.
Wielki Piątek, ten dzień męki Jezusa, przez którą dokonuje
się Odkupienie świata, to dla Apostołów pełna noc
oczyszczenia. Im wszystko się wtedy zawaliło, wszystko runęło.
Nie ma królestwa, Jezus przegrał, teraz już nic nie będzie, nie
ma na co czekać, pozostała rozpacz. Stojący pod krzyżem Jan
pewnie też nie był wolny od uczucia rozpaczy, choć Ewangelia nie
wspomina o tym wprost. Wtedy i w nim musiało się wszystko załamać.
Ktoś
powiedział: Jeżeli nie przeszedłeś przez test rozpaczy, to właściwie
nie wiesz nic. Apostołowie przeszli w Wielki Piątek przez taki test
rozpaczy. Oni, faryzeusze z ducha, zostali wtedy całkowicie ogołoceni.
Po Zmartwychwstaniu ta noc będzie jeszcze prześwietlana blaskami
pojawiającego się Chrystusa zmartwychwstałego. Zobaczą,
że On żyje, że jest wśród nich. Ale to jest już inna
obecność, nie dająca pełnego zabezpieczenia i poczucia
stabilizacji. To nie jest już to dawne człowieczeństwo Chrystusa.
Jest ono teraz inne, uwielbione i jakby nieziemskie, przenikające przez
zamknięte drzwi, tak że czasami mają oni wątpliwości,
czy to naprawdę ich Mistrz.
To
jeszcze nie koniec ich próby, ich nocy oczyszczeń. Te dziesięć
dni, od Wniebowstąpienia do Zesłania Ducha Świętego, też
były dla Apostołów próbą wiary i dalszym ogołoceniem.
Wtedy zostało im ostatecznie zabrane człowieczeństwo Jezusa, które
dotąd było dla nich głównym oparciem (por. R. Garrigou-Lagrange,
Trzy okresy życia wewnętrznego,
t. II, 352, 420). Teraz nie ma już żadnego oparcia. Rodzący
się w Wieczerniku i trwający na modlitwie młody Kościół
jest kompletnie ogołocony.
Teologia
życia wewnętrznego mówi, że w trakcie drugiej nocy, tej najcięższej,
pojawia się Maryja, która swoją obecnością tę noc prześwietla.
Tak też było w Wieczerniku. Tam Apostołowie nie byli sami, była
z nimi Ona - Maryja, Ta, która nigdy nie poddała się rozpaczy i której
wiara nigdy się nie zachwiała. Teraz trwa z nimi jako wzór wiary i
wytrwania na modlitwie, wzór oczekiwania na Ducha Świętego. Apostołowie,
całkowicie ubodzy, nie mający już nic, nie mający widocznego
znaku człowieczeństwa Jezusa, czekają razem z Nią. I to
wtedy zstąpi na nich, tak ogołoconych i pozostających w całkowitej
pustce, Duch Święty, który - jak mówi liturgia - jest Ojcem ubogich.
Wtedy zstąpi na nich Jego moc. Dopiero tak umocnieni zostaną posłani,
by zdobywać świat dla Chrystusa.