Przykład Chrystusa
Kiedy
czytamy karty Ewangelii, szybko spostrzegamy, że Dobra Nowina zbija nas z
tropu. Treść Ewangelii jest tak różna od naszych tendencji
naturalnych, że wydaje się nam nieustannym paradoksem. Ewangelia
odwraca nasze ludzkie pojęcia. Czynił to również sam Chrystus.
Ludzkość
czekała na Niego tysiące lat. Wszystko było nastawione na ten
ewenement w dziejach świata, jakim było przyjście Mesjasza, przyjście
Tego, który dokona dzieła Odkupienia. Kiedy zaś po tak długim
okresie oczekiwania Jezus przychodzi, objawia się jedynie pasterzom i mędrcom.
Później przez trzydzieści lat żyje w odosobnieniu i niedziałaniu,
przynajmniej w takim sensie, w jakim tego działania od Mesjasza oczekiwano.
W oczach świata lata te wydają się latami zmarnowanymi. Jeśli
bowiem czeka się na kogoś tysiące lat, to przecież powinien
on dać z siebie jak najwięcej. - Oto rzesze czekają, a Chrystus
"marnuje" trzydzieści lat w Nazarecie. Gdy zaś skończył
się ten okres dla ludzkiego aktywizmu zmarnowany i Chrystus ukazał się
nad Jordanem, proklamowany przez samego Ducha Świętego, znów Jego
postawa zbija nas z tropu: Jezus wycofuje się i idzie na pustynię.
Tego też zupełnie nie rozumiemy. Chcielibyśmy wręcz wziąć
Go za rękę, jak to uczynił kiedyś Piotr Apostoł, i
powiedzieć: Panie, co robisz? Tam rzesze czekają, a Ty znów idziesz
się modlić, przecież modliłeś się tyle lat. Jednak
Ten, który później powie: "Żniwo wprawdzie wielkie, ale
robotników mało" (Łk
10, 2), zostawi żniwo i pójdzie na pustynię, by przez czterdzieści
dni nieustannie się modlić. Czy to nas nie zadziwia?
Ewangelista
Marek pisze: "Wstawszy wczesnym rankiem, gdy było jeszcze całkiem
ciemno, wyszedł z domu i udawszy się na samotne miejsce, modlił
się tam" (Mk 1, 35). Zwróćmy
uwagę na ten szczegół: "gdy było jeszcze całkiem
ciemno", a więc była jeszcze noc. Chrystus,
chcąc się modlić, okradał się ze swojego snu. Zdumieni
znów chcielibyśmy zawołać: Panie, czy naprawdę potrzebujesz
tej modlitwy w nocy, kosztem zdrowia? Dzień apostolskiej pracy Jezusa był
wyczerpujący. Również wieczorem schodzili się ludzie z całego
miasta czy okolicy, przynosząc chorych i opętanych. Kiedy kończyła
się Jego codzienna praca, trudno powiedzieć. Może o północy,
bo rzesze niechętnie Go opuszczały. Po takim ciężkim dniu i
wyczerpującym wieczorze Jezus okrada się jeszcze ze swojego krótkiego
snu.
Tymczasem
gdy mówimy o ciągłym obleganiu Jezusa przez rzesze, to musimy
powiedzieć, że było ono ściśle powiązane z Jego
odosobnianiem się na modlitwie. Tu kryje się niezwykle ważne
wskazanie również dla ciebie: aby twoje kontakty z ludźmi mogły
być owocne, musisz umieć przedtem odosobnić się. Musisz docenić
moment pustyni w twoim życiu. Jak wielką rolę pełniła
ona w życiu świętych. Wystarczy pomyśleć, jak bardzo
potrzebował odosobnienia na pustyni Jan Chrzciciel, jak decydującą
rolę odegrał okres Manresy w życiu św. Ignacego Loyoli czy
pustelnia w Subiaco w życiu św. Benedykta. Współczesnemu człowiekowi,
zarażonemu aktywizmem, wydaje się, że musi coraz więcej dawać
- ale co ma dawać? Można by sądzić, że Chrystus,
tak przecież ściśle zjednoczony z Ojcem, nie potrzebował już
modlić się. On jednak czynił to nawet kosztem snu. I tak będzie
zawsze. Oblężenie przez ludzi będzie zawsze wynikiem odejścia
na spotkanie z Bogiem. Jeżeli zaś
z twojej strony nie będzie odejścia na modlitwę i skupienie, lecz
jedynie ucieczka od ludzi w świat własnych spraw, wówczas nastąpi
inne oblężenie - przez własny egoizm. To też będzie dla
ciebie pustynia, ale nie ta życiodajna, jak w przypadku Chrystusa czy
świętych; będzie to pustynia zniszczenia, a nie życia.
(por. A. Pronzato, Ho
voglia di pregare, 64 n).