Człowiek nieustannej modlitwy
Niezwykłym
człowiekiem modlitwy był Guy de Larigaudie. Człowiek, któremu,
jak się wydaje, Bóg niczego nie odmówił: wielki podróżnik
(przejechał po raz pierwszy samochodem z Francji do Indochin), przywódca młodzieży
francuskiej; ktoś, kto ukochał Boga całym sercem, dlatego mógł
w pełni ukochać również bliźnich i świat. Pod jego
fotografią widniał znamienny napis: "uśmiechnięta
świętość". Jego religijną postawę cechowała
przede wszystkim pełna wiary modlitwa
afirmacji świata, zachwyt dla jego piękna. Przecież jeśli
kocha się Boga, kocha się również świat. "Wszystko -
zanotował w swoich zapiskach - trzeba ukochać: orchideę,
niespodziewanie rozkwitającą w dżungli, pięknego
wierzchowca, gest dziecka, dowcip czy uśmiech kobiety. Trzeba podziwiać
wszelką piękność odkrywać ją, nawet jeśli
nurza się w błocie i podnosić do Boga" ("Znak" 42
[1957], 621). Oczywiście, nie znaczy to, by w jego życiu nie było
zmagań i ofiar, by nie było prób wiary i odważnych decyzji - bo
przecież świętość nie może być czymś
łatwym. "Czuć w głębi siebie wszelki brud, rozpustę
i wrzenie instynktów ludzkich, a jednak trwać ponad tym, nie zanurzając
się - tak jak kroczy się po wyschniętym trzęsawisku,
pozwalając unosić się dzięki jakiejś swoistej lekkości
[].
-
Była to chyba Metyska. Miała wspaniałe ramiona i tę zwierzęcą
piękność mieszańców o grubych wargach i ogromnych oczach.
Była piękna, szaleńczo piękna. Prawdę mówiąc,
pozostawało tylko jedno. Nie uczyniłem tego. Wskoczyłem na konia
i odjechałem galopem, płacząc z rozpaczy i wściekłości.
Ufam, że w dniu sądu, jeśli zabraknie czegokolwiek, co mógłbym
ofiarować Bogu - dam Mu niby wiązankę wszystkie te pocałunki,
których ze względu na miłość do Niego nie chciałem
poznać" (s. 622 n).
Czystość
jest możliwa, jeśli jest zbudowana na fundamencie modlitwy.
"Jest możliwa, piękna i wzbogacająca, jeśli opiera się
na zasadzie pozytywnej: żywej, całkowitej miłości Boga, gdyż
tylko ona jedna zaspokoić potrafi ogromną potrzebę miłości,
której pełne jest serce człowieka" (s. 623).
Guy
de Larigaudie kocha ryzyko, taniec, śpiew. Jest doskonałym pływakiem,
narciarzem. Bierze wszystkie radości, ale poprzez wszystko, czego doznaje,
co przeżywa, płynie nieustanny rytm przepełnionej wiarą
rozmowy z Bogiem. "Nie mogły zrozumieć piękne cudzoziemki -
wyznaje - że nawet przy najbardziej porywającej muzyce tanecznej serce
moje dotrzymuje taktu modlitwie i że modlitwa ta jest silniejsza aniżeli
ich wdzięk i powab" (s. 624 n). W swojej modlitwie o piękno prosił:
"Boże mój, spraw, by siostry nasze - dziewczęta miały
harmonijne ciała, by były uśmiechnięte i ubrane ze smakiem.
Spraw, żeby były zdrowe i aby dusza ich była czysta, aby były
czystością i wdziękiem naszego ciężkiego życia. By
wobec nas były proste, macierzyńskie, bez nieszczerości i
kokieterii. Spraw, by nic złego nie wśliznęło się między
nas. I żebyśmy - chłopcy i dziewczęta - byli jedni dla
drugich źródłem nie upadków, lecz bogacenia się. Między
Tahiti i Hollywood - wspomina dalej - na koralowych plażach i pokładach
parowców trzymałem w ramionach, w rytmie tańca najpiękniejsze
kobiety świata. Nie zamierzałem zerwać żadnego z tych
ofiarowujących się czy pałających żądzą
zdobycia kwiatów. A przecież nie rezygnowałem z tego dla
jakichkolwiek względów ludzkich - dla jednej tylko miłości Bożej"
(s. 631).
Mówiąc
o Eucharystii, wyznaje: "Codzienna Komunia św. była dla mnie każdego
ranka obmyciem się w wodzie życia [], była pożywnym posiłkiem
przed dalszym etapem drogi, była czułym spojrzeniem, które daje odwagę
i ufność. Przeszedłem przez świat jak przez ogród otoczony
murem. Szukałem przygód na pięciu kontynentach [], a ja jestem ciągle
w zamknięciu. Przyjdzie jednak dzień, gdy będę mógł zaśpiewać
pieśń miłości i wesela. Usuną się wszystkie
zapory. A ja zdobędę Nieskończoność" (s. 631).
Jak
wyglądała modlitwa wiary tego współczesnego świętego?
"Patrząc [] na najbardziej nędzny film - pisał - można
[] modlić się machinalnie: za aktorów, reżysera czy statystów,
za publiczność, która się bawi lub nudzi, za swego sąsiada
z prawej czy z lewej strony" (s. 628).
W
modlitwie odnajduje dla siebie moc w trudnych chwilach wymagających tak
bardzo wierności wobec Pana. "Przychodzą ciężkie
godziny - wyznaje - gdy pokusa grzechu tak mocno i nieodparcie trzyma całe
ciało, że tylko machinalnie - brzeżkiem ust i niemal nie wierząc
zdolni jesteśmy mówić: Boże mój, mimo wszystko kocham Cię,
lecz Ty zlituj się nade mną. I są wieczory, gdy siedząc czy
to w głębi kościoła - i nawet nie mogąc się modlić
[], umiemy zaledwie powtarzać to biedne zdanie, którego czepiamy się
jak deski ratunku: jednakże kocham Cię, Boże mój.
Ścinając
końcem szpicruty chwasty, żując źdźbło trawy, goląc
się rano, bez znużenia powtarzać można Bogu, że kocha
się Go bardzo. [] Śpiewem opowiadać całe swe życie
minione i marzenia, które się snuje na przyszłość - i tak mówić
do swego Boga. I mówić Mu także, tańcząc z radości w
blasku słońca na plaży czy sunąc na nartach po śniegu.
Mieć zawsze blisko siebie Boga jak towarzysza i powiernika" (s. 627).
"Tak
bardzo przyzwyczaiłem się do obecności Boga w sobie, że w głębi
serca zawsze mam modlitwę, która dochodzi niemal do warg. Ta zaledwie
świadoma modlitwa nie ustaje nawet w półśnie, któremu
towarzyszy kołysanie pociągu czy pomruk okrętowej śruby,
nawet w uniesieniu ciała czy duszy, nawet w gorączce miasta czy napięciu
uwagi w czasie pochłaniającego zajęcia. Gdzieś w głębi
mnie jest toń nieskończenie spokojna i czysta i nie mogą jej
dotknąć ani cienie, ani wiry powierzchni" (s. 625). "Całe
moje życie było jednym długim poszukiwaniem Boga. Wszędzie i
o każdej godzinie, na każdym miejscu świata tropiłem Jego
ślady. Śmierć będzie dla mnie tylko cudownym spuszczeniem ze
smyczy" (s. 621).