Samorealizacja w Chrystusie

Psychologia mówi o "ja" idealnym i "ja" faktycznym. Każdy z nas ma jakieś wyobrażenie tego, kim chciałby być, czyj obraz i podobieństwo chciałby w sobie zrealizować. Pragnienia te odzwierciedlają "ja" idealne. "Ja" faktyczne zaś może być czasami tak odstręczające, że niektórzy zżymają się na nie czy wręcz irytują na swoje "ja" faktyczne. Nie jest to postawa właściwa. Dowodzi ona jednak, że człowiek nie chce być takim, jakim jest, że ma swoje "ja" idealne, że pragnie być kimś innym, bardziej sobą.

Jeżeli przez wiarę otwierasz się na Chrystusa, On staje się twoją "drogą i prawdą, i życiem" (J 14, 6). On sam zaczyna wtedy ukazywać ci twoje "ja" idealne i jednocześnie je urzeczywistniać. On sam będzie dokonywał twojej samorealizacji.

W człowieku wierzącym obraz "ja" idealnego będzie doskonalił się wraz z rozwojem życia wewnętrznego, z rozwojem identyfikacji z Chrystusem. Poznawanie Chrystusa i przylgnięcie do Niego rodzi bowiem w nas pragnienie utożsamienia się z Nim. Chrystus staje się wtedy naszym osobowym ideałem, naszym "ja" idealnym. Wzrastanie w wierze i łasce powoduje uwyraźnianie się twojego "ja" idealnego, ponieważ wtedy Chrystus udziela ci coraz więcej nadprzyrodzonego światła i coraz pełniej ci się objawia.

Ponieważ wszyscy jesteśmy przeznaczeni na to, "byśmy się stali na wzór obrazu Jego Syna" (Rz 8, 29), dlatego jedynie Chrystus może być naszym prawdziwym osobowym ideałem. W miarę więc, jak obraz twojego "ja" idealnego zbliża się do obrazu Chrystusa, ty zbliżasz się do prawdy, Chrystus sam staje się twoją drogą i prawdą. On sam też udziela mocy twojej woli, byś mógł na wzór "ja" idealnego kształtować swoje "ja" faktyczne.

Każdy z nas realizuje samego siebie dopiero wtedy, gdy kocha. Ja mogę zrealizować siebie tylko dzięki tym, których kocham. Taka jest ekonomia Boża i taka jest moja struktura psychiczna. Nikt z nas nie może sam siebie zrealizować bez odniesienia do drugiej osoby. Bez tego odniesienia nigdy nie będziesz w pełni sobą. Niekiedy w naszej relacji z drugim człowiekiem wszystko układa się niemal idealnie i wtedy nie widzimy potrzeby heroizmu. Czasami jednak nasz bliźni potrafi postawić nas w takiej sytuacji, że bez heroizmu pozostawałoby tylko zaprzeczenie miłości. W czasie II wojny światowej ludzie stawiani byli często wobec wezwania do miłości heroicznej - albo ty będziesz bił, albo sam będziesz bity; albo będziesz zabijał, albo sam zginiesz. Były to sytuacje szczególne, ale i w warunkach mniej dramatycznych Bóg niejednokrotnie będzie wzywał nas do miłości za wielką cenę. Wtedy przekonamy się, że nie potrafimy kochać i łatwiej nam będzie zrozumieć głęboki sens słów Chrystusa: "Ja jestem krzewem winnym, wy latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić" (J 15, 5) - bez Chrystusa nic nie możemy uczynić. To Chrystus jest naszym życiem. Bez Niego stajemy się jak odcięta od winnego krzewu latorośl, która usycha. - Człowiek nie może zrealizować siebie bez Chrystusa.

Samorealizacja każdego z nas dokonuje się na tyle, na ile otwieramy się na Chrystusa, na ile pozwalamy, by to On sam w nas kochał, by On sam w nas żył. Gdybyś w pełni otworzył się na Chrystusa, mógłbyś powiedzieć za św. Pawłem: "Teraz już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus" (Ga 2, 20). - A Chrystus rzeczywiście ma takie niezwykłe pragnienie: chce kochać miłością właściwą każdemu z nas; chce mieć tyle twarzy, ilu jest ludzi na ziemi.

Kościół uczy, że nie ma miłości bez krzyża - bym mógł kochać drugiego człowieka, moje "ja" musi zostać ukrzyżowane. Ja jednak nie zgodzę się na to bez łaski. Tylko łaska może mnie do tego uzdolnić. Łaska zaś działa tak, że to sam Chrystus włącza się w moje "chcę", w to ludzkie: "chcę kochać, chcę wybierać dobro". "To Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z Jego wolą" (Flp 2, 13).

Nasza wola, dzięki której możemy wybierać dobro i miłość, jest słaba. Wola człowieka jest za słaba, by wybierać to, co trudne, co wymaga przekreślania własnego egoizmu. Jeżeli ktoś jeszcze tego nie doświadczył, to z pewnością kiedyś przekona się, że naprawdę nie potrafi kochać, że nie potrafi obumierać sobie - a tylko przez miłość każdy z nas staje się w pełni człowiekiem.

Miłość to akt woli, to nasza chęć obdarzania innych tym, co dobre. Wiemy, że każdy z nas może chcieć czegoś np. na "5, 70 czy 100 procent". Jeżeli jest w nas pragnienie realizowania miłości na "10 procent", to za mało, by tworzyć międzyludzką harmonię, by mógł dokonywać się proces integracji osób; za mało, by kochać tak, jak Chrystus kochał. Moje "chcę" może jednak być coraz bardziej potęgowane łaską Chrystusa, tak że zacznę chcieć realizować Chrystusowe przykazanie: "abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem" (J 13, 34) już nie na "10 procent", ale na 70, czy nawet więcej. Tym objawia się życie Chrystusa w nas.

Odkrycie Chrystusa w drugim człowieku w niczym nie pomniejsza wartości bliźniego. Kochając Chrystusa, kocham jednocześnie tego człowieka. To dzięki Chrystusowi drugi człowiek zaczyna nas fascynować, bo staje się coraz lepszy, coraz piękniejszy. Chrystus, włączając się w jego wolę, sprawia, że ten człowiek coraz bardziej pragnie dobra, że jest w nim tego dobra coraz więcej. Jest to jego dobro, bo przyjęta łaska pozostaje dobrem człowieka, choć jednocześnie jest to dobro Chrystusa. Chrystus włącza się w nasze życie w sposób tak doskonały, że to On kocha drugiego człowieka moją miłością, a ja kocham Jego miłością. Nie ma tu jakiegoś rozdzielenia ni alienacji, przeciwnie, dzięki temu, że Chrystus jest we mnie, ja staję się sobą - kocham i wzrastam w miłości.

Jeżeli Chrystus staje się moim "ja" idealnym, dokonuje się moja samorealizacja. I odwrotnie, gdy grzeszę, kiedy mówię Chrystusowi - "nie", ograbiam siebie z własnego "ja", staję się coraz mniej sobą. Grzech i zamknięcie na Chrystusa wyobcowuje mnie. Jeżeli zamykam się na Chrystusa, staję się smutny, przygnębiony, zły, a przecież nie takim chcę być, nie takie jest moje "ja" idealne. To Chrystus jest "ja" idealnym twoim, moim, każdego z nas - dlatego przybiera tyle twarzy. Jednocześnie to On je w każdym z nas realizuje. Ta wspaniała rzeczywistość jest potwierdzeniem słów Chrystusa: "Ja jestem drogą i prawdą, i życiem".

Nasza samorealizacja dokonuje się przez życie w prawdzie i podjęcie Bożego wezwania do miłości. Bez życia w prawdzie nie można mówić o miłości w sensie nadprzyrodzonym. Ta bowiem miłość jest miłością samego Chrystusa w nas, a On żyje w nas na tyle, na ile my, widząc siebie w prawdzie, czyli poznając własną słabość, przyzywamy Go, na ile chcemy, by On sam był naszym życiem. Człowiek sam z siebie nie jest zdolny do dobra nadprzyrodzonego. Kościół nie mówi, że natura ludzka jest zepsuta, niemniej powinniśmy mieć świadomość, że my sami z siebie nie jesteśmy zdolni do dobra nadprzyrodzonego, że nie potrafimy kochać. Sami z siebie nie jesteśmy zdolni do podjęcia tego niezwykle trudnego dla nas Bożego wezwania, zwłaszcza wezwania do miłości bliźniego, która niekiedy wymaga od nas wręcz heroizmu. Chrystus w rozmowie z młodzieńcem powiedział: "Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg" (Mk 10, 18). Wszystko, co jest dobre w nas, pochodzi od Boga. - "Cóż masz, czego byś nie otrzymał?" (1 Kor 4, 7).

Do tych słów musimy stale powracać, bo nie można mówić o samorealizacji w Chrystusie bez życia w prawdzie. Chrystus powiedział o sobie: "Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie" (J 18, 37). Bóg jest jakby w sposób szczególny wyczulony na prawdę. Antropomorfizując można powiedzieć, że prawda to "słaby punkt" Boga. Jeżeli masz upodobnić się do Chrystusa, nie może być w tobie zakłamania. Chrystus, który utożsamia się z prawdą, jest nieustępliwy wobec fałszu i pychy, wobec przywłaszczania tego, czego On sam w nas dokonuje. Im większe Boże łaski przypisujemy sobie, tym większa okazuje się nasza głupota. Bóg, broniąc nas przed tym, będzie musiał ograniczać swoje łaski.

Fundamentem naszej samorealizacji jest pokora. Jest ona dlatego tak ważna, że człowiekowi, który niczego sobie nie przywłaszcza, Bóg gotów jest dać wszystko. Jeżeli żyjesz w prawdzie i uznajesz, że bez Chrystusa nic nie możesz, to tak jakbyś przyzywał Go: Przyjdź i żyj we mnie. - I dopiero wtedy Chrystus przychodzi.

Żeby nie przypisywać sobie działania Chrystusa, staraj się możliwie często mówić: To dzięki Tobie, Chryste, ja jestem sobą; to dzięki Tobie mój współmałżonek jest taki fascynujący, dzięki Tobie ludzie, których spotykam, są tacy dobrzy. Będzie to wyraz pokory. Wszystko, co fascynuje mnie w drugim człowieku, jest i Chrystusowe, i jednocześnie tego człowieka. Gdybyśmy uważali, że ktoś, kto nas fascynuje dobrem nadprzyrodzonym, jest sam z siebie taki godny podziwu, byłoby to uleganie złudzeniu. Każdy z nas kiedyś przekona się, jak bardzo jest słaby i grzeszny. Tymczasem Chrystus właśnie z nas, z ciebie chce stworzyć arcydzieło, które będzie fascynowało innych, i będziesz wtedy coraz bardziej stawał się sobą, a jednocześnie będzie w tobie wzrastał Chrystus.

Każdy ze świętych w inny sposób zrealizował w sobie obraz Chrystusa. Czymś niezwykłym jest to, że mamy tak różnych świętych. Mamy naszą królowę Jadwigę, która była prawie jak arbiter elegantiarum - miała taki szczególny i to nie tylko estetyczny smak, fascynowała inteligencją, poziomem umysłowym i duchowym. I mamy św. Benedykta Labres, który umierał jako nędzarz i żebrak. A św. Kamil de Lellis był w młodości karciarzem, zabijaką, prowadził życie pewnie gorsze niż żołnierze wyrzuceni z francuskiej legii cudzoziemskiej. Kiedyś, kiedy był już nałogowym alkoholikiem, zobaczył zakonnika i nagle pojawiła się w nim iskra nadziei - przecież i ja mogę być innym. Kiedy później znów przegrał w karty i zmuszony do żebrania zakrywał sobie chustką twarz, ożyło w nim pragnienie, by z tym wszystkim zerwać, zrozumiał, że to, co robi, jest poniżające, że on nie jest sobą, że jest karykaturą człowieka. Zaczął marzyć, żeby być normalnym człowiekiem. Postanowił się nawrócić. I wtedy Chrystus dokonał jego samorealizacji, uczynił z niego nie tylko normalnego człowieka, ale arcydzieło, doprowadził go do świętości.

Tak postępuje z nami Chrystus, ponieważ On chce stawać się dla nas wszystkim - naszą miłością, naszą drogą, prawdą i życiem.

KONIEC