Wola Boża a
nasza wola
O
tym, czy nasza wiara pogłębi się kiedyś aż do całkowitego
przylgnięcia do Chrystusa, będzie decydowało nasze pragnienie pełnienia
we wszystkim Jego woli i związana z tym zgoda na krzyżowanie naszej
woli własnej. Przylgnąć do Chrystusa to poddać własną
wolę Jego woli. Życie wewnętrzne dokonuje się w ciągłym
napięciu między wolą Boga i wolą człowieka. Napięcie
to wypływa z faktu, że my ciągle obracamy się wokół własnej
woli, wokół tego, co nam jest wygodne, podczas gdy wiadomo, że zakres
naszych planów i pragnień, zakres tego, czego my chcemy, nie pokrywa się
z tym, czego chce Bóg. Człowiek broni się przed przekreślaniem własnych
pragnień. Broni się bądź świadomie, odmawiając
Bogu podporządkowania się Jego woli, bądź jest to proces nieświadomy,
który często przybiera formę obronnego mechanizmu racjonalizacji.
Mechanizm ten ukazuje, jak wiele jest w naszych pragnieniach i działaniu
szukania samego siebie.
Na
czym polega ten mechanizm obronny racjonalizacji? - Polega on na nieświadomym
przypisywaniu własnemu działaniu motywów przez nas akceptowanych przy
jednoczesnym odrzucaniu nie akceptowanych przez nas motywów faktycznych. Mówiąc
językiem potocznym powiedzielibyśmy, że do tego, co robimy, by
zrealizować własne pragnienia i zamiary, dorabiamy pewną
samousprawiedliwiającą teorię, która nas uspokaja. Klasycznym
przykładem ilustrującym taki system obronny jest sytuacja, kiedy matka
broni swojego syna wobec synowej. W przypadku zaistnienia mechanizmu obronnego
racjonalizacji matka będzie pełna przekonania, że kieruje się
wyłącznie miłością, że ma do tego prawo, ponieważ
jest jego matką i chce jego dobra. Występująca wtedy zwykle
zaborczość miłości do syna pozostaje ukryta pod nieświadomym
mechanizmem obronnym i dorobioną, usprawiedliwiającą taką
postawę, subiektywną teorią. Przekonanie tak zachowującej się
matki, że kocha ona samą siebie w swoim synu, że rozbija małżeństwo,
że powinna usunąć się, a nawet stanąć raczej po
stronie synowej niż syna, jest wówczas prawie niemożliwe.
Mechanizm
obronny racjonalizacji jest tak silną i trudną do rozbrojenia
"twierdzą" przede wszystkim dlatego, że jest nieświadomy.
Jakże często każdy z nas dorabia sobie jakąś teorię
usprawiedliwiającą niewłaściwe postępowanie. Mówimy -
przecież muszę odpocząć, nie mogę się tym zająć,
przecież mam prawo do tego, przecież skrzywdzono mnie, muszę się
bronić itd. Możesz nawet bardzo
oddawać się rzekomej miłości, apostolstwu, szlachetnym
zainteresowaniom, a u źródeł tego wszystkiego może leżeć
ukryty i nieświadomy egoizm.
To
egoizm sprawia, że nasze życie wewnętrzne toczy się w ramach
nieustannego napięcia między naszą wolą i wolą Boga. Jeżeli
życie wiarą oznacza przylgnięcie do Chrystusa i Jego woli, to w
tym kontekście należy podkreślić, że szukanie własnej
woli jest czymś najgorszym. Jest ono źródłem zła i grzechu,
źródłem naszego nieszczęścia i zniewolenia. Przylgnięcie
do Chrystusa i Jego woli oznacza, że wtedy, gdy Jego wola jest niezgodna z
naszą, my godzimy się, by On zburzył nasze plany, by je pokrzyżował.
Wydarzenia z życia świętych bardzo często ukazują nam
takie Boże krzyżowanie ludzkich planów, aby wola człowieka mogła
jednoczyć się z wolą Pana.
Oto
św. Teresa z Avila jedzie do Sewilli, gdzie ma założyć nową
fundację zakonną. Są to trudne czasy reformy. Teresa zakłada
wtedy nową, reformowaną gałąź karmelitanek. Założenie
fundacji w nowej miejscowości wymaga, by pojechała tam jako przełożona
z grupą sióstr. Siostry jechały zwykle szczelnie krytym wozem, bo
karmelitanki reformowane, tzw. bose, są zakonnicami klauzurowymi i nie mogą
pokazywać się publicznie. Ukryte w opatulonym wozie czuły się
bezpieczne i miały nadzieję, że dojadą na miejsce tak, by
ich nikt nie widział, bo nie chciały być przedmiotem sensacji czy
widowiska.
Był
dzień Zesłania Ducha Świętego. Siostry wyjechały bardzo
wcześnie rano. Teresa upatrzyła sobie kościół na dalekim
przedmieściu Kordoby, gdzie postanowiły się zatrzymać. Tam
ks. Julian z Avila miał odprawić dla nich Mszę św., tak by
nie były widziane, a później siostry zamierzały jechać
dalej. Wkrótce okazało się, że aby dojechać do tego
wybranego kościoła, trzeba przejechać przez most. Most jednak o
tak wczesnej porze był zamknięty, a pilnujący wejścia strażnicy
oznajmili, że o klucz trzeba prosić burmistrza. Okazało się
jednak, że burmistrz jeszcze śpi i że nie życzy sobie, by w
takich sytuacjach go budzić. Trzeba więc czekać. Tymczasem
wschodzi słońce i zaczyna się upał. Wokół wozu gromadzą
się ludzie. Niektórzy, bardziej żądni sensacji, usiłują
nawet zajrzeć do środka wozu. Wreszcie, po dwóch godzinach czekania,
przyniesiono klucz i otworzono bramę. Wóz ruszył, ale okazało się,
że nie mogą przejechać przez most, gdyż wóz jest za
szeroki.
Zaczęły
mijać następne godziny. - A św. Teresa tak pragnęła być
w tę uroczystość Zesłania Ducha Świętego wcześnie
na Mszy św. i tak bardzo zależało jej na tym, by siostry
przejechały przez nikogo nie zauważone. Kiedy wreszcie sterczące
części odpiłowano i siostry dojechały do kościoła
za miastem, spotkało je znów coś nieoczekiwanego. Oto okazało się,
że w tym właśnie kościele uroczystość Zesłania
Ducha Świętego jest świętem patronalnym, i jak to zwykle
bywa w takim dniu, w kościele i przed kościołem jest pełno
ludzi. Tego już było za dużo. Św. Teresa stwierdza, że
była gotowa nawet nie być na Mszy św. Pozostałe siostry też
chciały już z niej zrezygnować. Potem dopiero Teresa przyzna,
że popełniłaby wielką winę. Na szczęście ks.
Julian nakazał siostrom, by mimo tłumu poszły na Mszę św.
Wyszły więc ze swego bezpiecznego ukrycia i zaczęły
przechodzić przez zatłoczony kościół. Św. Teresa, która
zwykle barwnie opowiadała, powie później, że kiedy ludzie
zobaczyli je - okryte zasłonami, w białych samodziałowych
strojach - zareagowali tak, jak uczestnicy igrzysk reagują na ukazanie się
byka na arenie. Teresa wyzna, że była to w jej życiu jedna z
najcięższych przykrości. Tą jedną z najcięższych
przykrości obdarzył ją Duch Święty w swoją
uroczystość.
Nie
był to jeszcze koniec trudności. Po Mszy św. siostry musiały
znów przejść pośród krzyczącego i szarpiącego je tłumu,
a po wyjściu okazało się, że z powodu wielkiego upału
nie można było jechać dalej. Konie nie chciały ciągnąć
wozu. W wozie zaś było tak gorąco i duszno, że resztę
dnia siostry spędziły pod mostem (Księga fundacji, rozdz. 24, 12-14). Z ich planów nic nie wyszło.
Duch
Święty może zstąpić na człowieka z taką
łaską, która zburzy wszystkie jego plany. To są Jego wielkie
łaski ogołocenia. W takim potraktowaniu Teresy w dniu Zesłania
Ducha Świętego była przecież Jego wielka miłość
do niej. Ona tak sobie wszystko doskonale ułożyła i zaplanowała,
a On te jej plany doskonale pokrzyżował, bo były niezgodne z Jego
wolą. W tym wszystkim ważne jest jednak to, że dokonała się
rzecz istotna - Duch Święty
"zstąpił" na Teresę i pozostałe siostry, bo one
przyjęły Jego działanie: poddając się woli Bożej
bardziej przylgnęły do Chrystusa. Duch Święty, ten
wielki Budowniczy naszej wiary, ogołocił je i uczynił bardziej
ubogimi, aby zdolne były przyjąć moc Tego, który w liturgii Kościoła
zwany jest "Ojcem ubogich".