Uznać, że wszystko jest darem
Wiara
to uznanie własnej bezradności, przekonanie, że niczego się
nie posiada, że wszystko jest darem. Jest ona oczekiwaniem wszystkiego,
wszelkich darów od Boga. Odwrotnością tak rozumianej wiary jest
pycha. Człowiek pyszny te wszystkie dary uznaje za coś, co jest jego własne
i przypisuje je sobie. Uważa, że wszystko od niego zależy, tak
jakby w jego życiu nie było tego nieustającego daru Boga. Oczywiście,
wiara jest czymś trudnym. Żyć wiarą to rodzić się
na nowo, rodzić się do ubóstwa duchowego, do postawy dziecka.
Dar
winien być przyjmowany z takim oderwaniem, byś w każdej chwili
potrafił go oddać. Jest to przedziwny paradoks. Jesteśmy
obdarzani po to, byśmy przyjmując Boże dary byli gotowi oddawać
je z powrotem. Gest gotowości oddania Bogu otrzymanego daru jest znakiem,
że nie nastąpiło przywłaszczenie, jest wyrazem uznania tej
prawdy, że do mnie nic nie należy. Dar zwrócony Bogu powraca do nas,
i to powraca zwielokrotniony. Wszystko jest darem: twoja dusza i ciało,
żona, mąż, dzieci, to co posiadasz i co robisz - wszystko jest własnością
Pana. Czy jesteś gotów oddać
każdy z tych darów w każdej chwili?
Epizod
z młodzieńcem, który odszedł smutny, kiedy Pan zaproponował
mu rezygnację z dóbr materialnych, ma swój epilog. Po jego odejściu
Jezus mówi: "Dzieci, jakże trudno wejść do królestwa Bożego
tym, którzy w dostatkach pokładają ufność" (Mk
10, 24). Zwróćmy uwagę, że ten młody człowiek wypełniał
wszystkie przykazania. Wynika stąd, że nie wystarczy wypełnianie przykazań. Pod jego adresem i
pod adresem takich jak on Jezus mówi: "Łatwiej jest wielbłądowi
przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa
Bożego". Jest to stwierdzenie tak mocne, że przerażeni tym
Apostołowie pytają: "Któż więc może się
zbawić?" (Mk 10, 25-26).
Ten
młody człowiek, który wydawał się być otwarty na Boga,
był niewolnikiem doczesności, niewolnikiem swojego majątku i
swojej pozycji społecznej. Święty Łukasz mówi o nim, że
był zwierzchnikiem, a więc zajmował jakiś ważny urząd
(zob. Łk 18, 18). To wszystko może
stanąć między człowiekiem a Bogiem, może być tak
wielką przeszkodą, że takiemu człowiekowi będzie bardzo
trudno się zbawić. Przywiązanie do doczesności, do tego, co
Bóg stworzył, co jest tylko Jego darem, a nie Nim samym, może przez
zniewolenie nas nie tylko utrudnić, ale nawet uniemożliwić nam
zbawienie.
W
swojej podróży do San Giovanni Rotondo spotkałem naukowca, który
jechał razem ze mną do ojca Pio, aby prosić o błogosławieństwo
dla swojej pracy. Przyjechał z dwoma tomami wydanego dzieła, które
nazwał swoim opus vitae - dziełem
życia. W ramach spowiedzi przedstawił je Ojcu Pio i prosił o błogosławieństwo.
Reakcja padre Pio była przerażająca, przede wszystkim zdumienie -
to jest twoje opus vitae, to jest
twoje dzieło życia? Wziął do ręki te dwa tomy i jeszcze
raz powtórzył, to jest opus vitae,
to znaczy, że żyłeś te sześćdziesiąt lat po
to, żeby te dwie książki napisać, to był cel twojego
życia - prawie krzyczał - to jest opus
vitae, po to żyłeś? A gdzie twoja wiara? Potem złagodniał,
jakby zobaczył nieświadomość tego człowieka i z łagodnością
ojca zapytał: pewnie włożyłeś w to wiele wysiłku,
nieprawda? Pewnie było wiele nocy nieprzespanych, a ze zdrowiem jak? - No
tak, zawał serca. - Właśnie, to wszystko w służbie
ambicji, by stworzyć tego rodzaju opus
vitae. Patrz - mówił dalej - co znaczą bożki, przywiązania.
Gdybyś robił to samo, ale dla Boga, to wszystko wyglądałoby
inaczej. Przecież ty to wszystko sobie przywłaszczyłeś, to
było twoje opus vitae, twoje własne dzieło. Zakończenie tej
spowiedzi było też w stylu ojca Pio. Znowu podniósł głos:
Jeżeli tylko z tym przyszedłeś, to va
via - proszę wyjść. Padre Pio był rude,
jak mówią Włosi, czyli szorstki, ale w tej szorstkości kryła
się wielka miłość do każdego człowieka i każdego
penitenta. To był człowiek, który kochał, a miłość
jest mocna. To miłość padre Pio sprawiła, że ta wstrząsająca
rozmowa, połączona ze spowiedzią, była rzeczywiście
momentem przełomowym w życiu tego naukowca. On naprawdę zaczął
inaczej myśleć i inaczej patrzeć na świat.
Ojciec
naszej wiary Abraham otrzymał cudowny dar - w późnej starości
urodził mu się syn. Było to dla niego największe szczęście,
otrzymał największą z ludzkich wartości - syna, następcę.
Rodzice zwykle przywłaszczają sobie dzieci, może i Abraham ulegał
tej pokusie. Kiedy jednak Bóg powiedział Abrahamowi, że chce, by oddał
on swojego syna, Abraham zgodził się. Zgodził się też
na oddanie otrzymanego daru w sposób najbardziej dla siebie dramatyczny. - A co
stałoby się, gdyby Abraham nie chciał oddać syna, gdyby
zbuntował się i pozostał w przeświadczeniu, że
polecenie Boga jest zbyt okrutne? Co by się wtedy stało? - Izaak musiałby
zginąć. Nieważne byłyby okoliczności jego śmierci,
czy stałoby się to w wyniku choroby, czy zginąłby w jakiejś
walce, na wyprawie czy pożarty przez dzikie zwierzę. Musiałby on
jednak być Abrahamowi zabrany, ponieważ stanąłby między
nim a Bogiem. Izaak stałby się wtedy dla Abrahama przeszkodą w
jego pełnym oddaniu się Bogu w wierze. Nieoddanie syna oznaczałoby,
że Abraham przywłaszczył go sobie. Przywłaszczenie zaś
daru jest zawsze niszczeniem go, jest jakby ciosem wymierzonym w siebie samego i
w sam dar. Abraham oddając syna nie tylko go odzyskał, ale ponadto
uzyskał dar zwielokrotniony - łaskę świętości, w
której i syn uczestniczył. Abraham i Izaak to pierwsi święci
patriarchowie Starego Przymierza.