Ubóstwo duchowe jako postawa dziecięctwa
Wiara
jako uznanie własnej bezradności i oczekiwanie wszystkiego od Boga oznacza
postawę dziecka. Dziecko w pełni uznaje, że nie ma nic,
że nic nie potrafi. Ono jest pełne oczekiwań i wiary, że
wszystko, co jest mu potrzebne, otrzyma. "Jeśli się nie
odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa
niebieskiego" - mówi Pan (Mt 18,
3). Nawrócenie do postawy dziecka jest warunkiem koniecznym wejścia do Bożego
królestwa. Kiedyś musisz stać się dzieckiem: ufnym, pokornym,
oczekującym wszystkiego od Pana. Jeśli nie staniesz się nim
tutaj, to będzie to musiało nastąpić w czyśćcu.
Stan dziecięctwa jest bezwzględnie konieczny nie tylko do uświęcenia,
ale i do zbawienia.
Dziecko
ewangeliczne oczekuje wszystkiego od Boga, dosłownie wszystkiego. Wymiar
dziecięctwa naszej wiary oznacza nieopieranie się na zwykłych,
ludzkich kalkulacjach, a oczekiwanie na coś, co dziecko nazwie niespodzianką,
oczekiwaniem na cud. Na ile jesteś dzieckiem, na tyle jesteś młody
duchem. Człowiek może być starcem już w wieku dwudziestu
lat. A może mieć lat osiemdziesiąt i dzięki duchowi dziecięctwa
pozostawać młodym. Bóg jest zawsze młody i ustanowiony przez
Chrystusa Kościół jest zawsze młody, dlatego potrzebuje on młodych
w duchu, potrzebuje w tobie dziecka, które zdolne jest uwierzyć we
wszystko. Człowiek "stary",
nastawiony na rachunkowość, na liczenie za i przeciw, ogranicza
Bogu możliwość działania, stawia granice Jego miłości
i miłosierdziu. Rachunkowość i ciągłe obliczanie,
czy coś może, czy nie może się udać, czy to ma szansę,
czy nie, jest cechą starości. Dziecko poszukuje księżyca i
wierzy, że może go otrzymać - a przecież Pan Bóg chce ci dać
więcej niż księżyc. On chce ci dać swoje królestwo,
ale jeśli nie będziesz dzieckiem, to zwiążesz Mu ręce.
Dzieci
to również typowi ewangeliczni gwałtownicy, o których Jezus mówi,
że porywają królestwo niebieskie (por. Mt
11, 12). Kiedy dziecko chce dostać się do mieszkania, to musi się
dostać: będzie tak długo biło piąstkami czy nóżkami,
aż mu otworzą. Pan Jezus powiedział: "Kołaczcie, a
otworzą wam" (Łk 11,
9). Gdybyśmy umieli tak bić w zamknięte przed nami drzwi, które
po to są zamknięte, byśmy się do nich dobijali jak dzieci,
to one musiałyby się otworzyć. Bóg potrzebuje twojej dziecięcej wiary, by mógł w tobie i
przez ciebie czynić cuda, bo dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. "Wszystko
możliwe jest dla tego, kto wierzy" (Mk
9, 23). Wszystko jest możliwe dla tego, kto jest ewangelicznym dzieckiem.
Ewangelia
ukazuje nam dwa zwiastowania: zwiastowanie Zachariaszowi i zwiastowanie Maryi.
Zachariasz okazał się człowiekiem starym zarówno wiekiem, jak i
duchem, człowiekiem, który związuje Bogu ręce, bo nie potrafi
uwierzyć w cud. Musiał więc być dotknięty innym,
bolesnym dla siebie cudem, jakim było odebranie mu możności mówienia
- po to by uwierzył. Taka duchowa starość człowieka, który
nie potrafi uwierzyć w cud, jest dla Boga czymś strasznym. Człowiek,
któremu brak postawy dziecka, zwykle jakby z góry przekreślał
skuteczność swoich modlitw, ponieważ jest w nim coś z
postawy Zachariasza. Ten "sprawiedliwy wobec Boga" i nienaganny
starzec nie miał potomstwa i prosił o dziecko. Modlił się i
właściwie jednocześnie nie wierzył w to, że Bóg go wysłucha.
Kiedy anioł oznajmił mu: "Twoja prośba została wysłuchana:
żona twoja Elżbieta urodzi ci syna" (Łk
1, 13), on jak gdyby nie chciał tego syna przyjąć, nie uwierzył
w cud. Cały czas modlił się o syna, a kiedy Bóg go wysłuchał,
nie uwierzył. Wytoczył argument przeciwko swojej modlitwie: "Bo
ja jestem już stary i moja żona jest w podeszłym wieku" (Łk
1, 18). Człowiek "stary", już nie wierzący Panu. My też
najczęściej jesteśmy podobni do Zachariasza. - Pewien ksiądz
- opowiada A. Pronzato - który zwołał parafian na specjalne nabożeństwo,
by prosić o deszcz, skierował do nich bardzo wymowne upomnienie:
"Przyszliście prosić o deszcz, a gdzie macie parasole?"
Drugie
zwiastowanie to zwiastowanie Maryi, która tak bardzo jest dzieckiem, że
gotowa jest przyjąć wszystko. Maryja tak była dyspozycyjna,
że Bóg mógł dla Niej "wyczarować" rzeczy niezwykłe.
Ona wszystko by przyjęła, we wszystko by uwierzyła, bo Jej
postawa wobec Boga przeniknięta była duchem dziecięctwa - a to
jest potęga. Czy myślisz czasem, że światem rządzą
dzieci, nie starcy? - Tak, światem rządzą dzieci, ponieważ człowiek,
który ma ducha dziecięctwa, ma "moc nad Bogiem" - Bóg nie może
się jemu oprzeć, nie może oprzeć się oczom dziecka,
które naprawdę wierzą.
Piotr,
gdy szedł do Chrystusa po wodzie, w pewnym momencie przestał być
dzieckiem. Przyszło zwykłe rachowanie: dotąd szedłem, bo
powierzchnia wody była równa, ale oto napływa fala - czy mogę iść
dalej? Przyszła ludzka kalkulacja, ludzkie rozumowanie i wiara znikła.
Piotr w tym momencie przestał być dzieckiem, dlatego zaczął
tonąć. Okazał się człowiekiem starym i później
jeszcze długo będzie stary, dlatego zdradzi Jezusa. Można
powiedzieć, że grzeszysz, ponieważ jesteś "stary",
bo starość duchowa zamyka cię na łaskę, zawiązuje
Bogu ręce. Bóg jest młody i chce wyczarować ci księżyc.
Jeśli św. Teresie z Lisieux dał w dniu jej obłóczyn śnieg,
czy to nie był dla niej jej księżyc? Pan Bóg kocha się w
takiej postawie, która nie widzi ograniczeń, a taką postawę ma
dziecko. Ono nie zna granic możliwości, jest wytrwałe aż do
szaleństwa, otwarte na to, co nowe - dziecko potrafi wierzyć.
Bóg
jest zawsze młody i zawsze zdumiewa człowieka. Doświadczenie Boga
to doświadczenie rzeczywistości zdumiewającej, a człowiek o
postawie ewangelicznego dziecka potrafi się zdumiewać. Taki człowiek
patrząc na świat potrafi zdumiewać się wszystkim, co go
otacza. W momencie, w którym
przestaniesz być dzieckiem przed Panem, przyjdzie kryzys w twoim życiu
wewnętrznym, zaczniesz cofać się, przestaniesz wierzyć i
kochać.
W
cuda wierzą tylko dwie kategorie ludzi - święci i dzieci. Właściwie
jednak jest to jedna kategoria, ponieważ święci są w duchu
dziećmi. Sam Bóg w Jezusie
Chrystusie stał się dzieckiem. Stał się nim nie tylko w
Betlejem, ale również na krzyżu, gdzie był zupełnie
bezbronny i we wszystkim uzależniony od ludzi. Ten Bóg, który stał
się dzieckiem, chce, by nasza bezradność i słabość
skłaniała nas do zdania się we wszystkim na Niego, by skłaniała
nas do bezgranicznej ufności w Jego miłosierdzie.
Przypowieść
o synu marnotrawnym należałoby raczej nazwać przypowieścią
o ojcu miłosiernym. Starszy syn, jedna z trzech postaci dramatu, nie
wzbudza w nas sympatii; jest zazdrosny i impertynencki wobec ojca. Nasza
sympatia kieruje się ku temu marnotrawnemu, który wrócił, tym
bardziej, że jest to nasz typ. W typie syna marnotrawnego odnajdujemy
niemal spontanicznie samych siebie. Czy jednak jest to rzeczywiście typ
postaci prawdziwie ewangelicznej? Ewangelia mówi, że jego powrót do ojca
był wykalkulowany. Wrócił w nadziei, że u ojca będzie mu
lepiej, ponieważ wiedział, że ojciec płacił więcej
swoim najemnikom niż pan, u którego on się najął. "Pójdę
do mego ojca i powiem mu: [] nie jestem godzien nazywać się synem,
uczyń mnie choćby jednym z najemników" (Łk 15, 18-19n). Przypowieść o synu marnotrawnym
wydaje się być nie dokończona. Jest w niej dalszy dramat
syna marnotrawnego - dramat wynikający z przewagi postawy najemnika na
postawą dziecka. On chce być wobec ojca kimś, z kim można
się umówić, tak jak umówili się z gospodarzem robotnicy wynajęci
za denara (Mt 20, 1-26). Jeżeli zaś syn marnotrawny nie wraca jako
dziecko, ale jako najemnik, to będzie musiał znowu odejść -
drugi, trzeci, nie wiadomo który raz.
Syn,
w którym jest duch najemnika, nie potrafi zdumiewać się miłością.
Syn marnotrawny nie odkrył zranienia
ojca, nie widział jego bólu, widział tylko własne nieszczęście
i szukał dróg wyjścia z niego. W przypowieści o wynajętych
robotnikach dobrocią gospodarza zdumiewali się ci z ostatniej godziny,
a nie umówieni za określoną sumę najemnicy. Zdumiewać
się potrafi tylko ewangeliczne dziecko, ponieważ zdumienie zakłada
kontrast. Dziecko wie, że jest takim małym "nic" i że
jest nieustannie obdarowywane czymś wielkim. Ten ogromny kontrast własnego
"ja" i obdarowania rodzi w nim zdumienie.
Człowiek
staje się chrześcijaninem, kiedy staje się dzieckiem, kiedy
zaczyna go zdumiewać szaleństwo miłości Boga Ojca.
Odnajdujemy tu nowy aspekt dziecięctwa ewangelicznego - pewną tożsamość
między dzieckiem a skruszonym grzesznikiem. Na czym polega skrucha?
Skrucha to żal, ale żal w obliczu krzyża, kiedy świadomy własnej
nędzy i grzeszności patrzysz na krzyż i na rany Jezusa, kiedy próbujesz
w duchu całować te rany, które sam przecież Jezusowi zadałeś
- to jest skrucha. U syna marnotrwnego takiej skruchy nie było. Dopiero
wtedy, gdy skruszony całujesz rany Jezusa i wierzysz w Jego miłość,
powracasz do Boga w postawie dziecka, i tylko taki powrót ma sens. Nigdy
nie wracaj do Boga jako najemnik, bo znowu Go zdradzisz.
Prawdziwą
skruchę widzimy u jawnogrzesznicy podczas jej spotkania z Jezusem w domu
faryzeusza Szymona. Jej prostota, spontaniczność i autentyczna skrucha
świadczą o postawie ewangelicznego dziecka. Aby wyrazić Jezusowi
swoją skruchę, podeszła do Niego, nie oglądając się
na względy ludzkie, wylała nardowy olejek, łzami zrosiła
Jego stopy i włosami je otarła (Łk
7, 38). Oto prostota, spontaniczność i skrucha grzesznika, który jest
dzieckiem ewangelicznym. Tak naprawdę Boga kochają skruszeni
grzesznicy, którym wiele przebaczono, i święci, bo jedni i drudzy mają
naturę dziecka - potrafią
zdumiewać się miłością Boga, szaleństwem Jego miłości
ku nim. Nie najemnicy, a dzieci, nie ci, którzy zbierają zasługi
i usiłują zawierać z Bogiem kontrakty, ale ci, którzy wierzą
w Jego miłosierdzie. - Bo tak naprawdę wierzy tylko dziecko.