Oddać się Panu Bogu do końca
Wywiad z Księdzem Profesorem Tadeuszem Dajczerem,
założycielem Ruchu Rodzin Nazaretańskich.
Sięgnijmy do początków.
Skąd u Księdza Profesora wzięło się zainteresowanie życiem wewnętrznym?
W
tym roku upłynie pięćdziesiąt lat, odkąd wkroczyłem na drogę życia
wewnętrznego. Byłem zawsze “zwariowany”, pełen idealizmu i pragnień, by oddać
się jakiejś sprawie do końca. Najpierw to była Ojczyzna. Imponowały mi, jako
licealiście, postaci bohaterów walczących o niepodległość: Tadeusz Kościuszko,
książę Józef Poniatowski... Interesowałem się również epoką napoleońską i
polskimi powstaniami. Chciałem po prostu oddać życie za Ojczyznę. Potem jednak
przyszła refleksja: Przecież nie wstąpię w czasach komunizmu do Akademii Nauk
Politycznych!
Pomogła
mi choroba. To nie takie łatwe przez cztery i pół miesiąca leżeć w łóżku.
Obkładałem się książkami, ale jednak mimo to miałem dużo czasu do namysłu.
Wśród książek pojawiły się również pozycje religijne, takie jak Ukryty
bohater – opowieść o ojcu Williamie Doyle’u czy o. Mariana Pirożyńskiego Kształcenie
charakteru. Wstrząsem był opis Ogrójca przeczytany w książce jezuity o.
Jana Roztworowskiego.
Czy walka o wybór drogi
życiowej trwała długo?
Prawie przez cały czas przeciągającej się grypy. Tak jak
Jakub, nie chciałem ulec Panu Bogu. Nie widziałem siebie jako księdza, jednak w
wyniku lektury i wewnętrznych zmagań przestawiły mi się ideały: z
patriotycznych na religijne. Nie myślałem jeszcze wtedy, żeby zostać księdzem,
ale oddać Panu Bogu wszystko – to tak!
Jak narodziło się
powołanie do kapłaństwa?
Powołanie do życia na wyłączność dla Pana Boga musiało
się w końcu skrystalizować. Nie widziałem jakoś dla siebie realizacji w świecie
i w sposób logiczny pojawiła się idea wstąpienia do seminarium lub zakonu. Po
namyśle wstąpiłem do seminarium. W tym okresie często bywałem w bibliotece u
oo. Jezuitów na Rakowieckiej wertując książki religijne.
Ale jak długo można modlić się, rozbudzając w sobie
stronę emocjonalną. Byłem młody, sił miałem dużo, trwało to długo...parę lat,
aż wreszcie... łuk pękł. Stwierdziłem, że nic nie odczuwam i nawet nie potrafię
zmusić się do żadnego odczucia. Ciekawe, że Bóg przychodził do mnie najczęściej
poprzez książki. I tym razem tak było. Dostałem od znajomego kleryka taki
wyblakły, ledwo nadający się do czytania, tekst René Voillaume’a Au coeur de
masses (wydanej później w Polsce pt. Echa Nazaretu). Po jej lekturze
byłem, jak Kolumb czy Kopernik w obliczu odkrycia, że modlitwa nie musi być
emocjonalna. Dziwiłem się, że nikt nigdy mi o tym nie powiedział.
Jak Ksiądz Profesor
przeżywał pierwsze lata kapłaństwa?
Pojawiła się samotność. W pierwszej parafii postanowiłem wstrząsnąć ludźmi i pociągnąć ich do Boga. Zakupiłem u Księży Saletynów pięć tysięcy medalików Matki Bożej Saletyńskiej, powiedziałem “wstrząsające” kazanie i rozdałem każdemu po medaliku i obrazku, myśląc, że w ten sposób wszyscy zostaną nawróceni. Obrazki były ładne, kazanie było o łzach Matki Bożej. A ja przeżyłem zaskoczenie tym, jak skromne okazały się rezultaty.
Instynktownie szukałem duchowo bliskich sobie dusz
kapłańskich i chłonąłem to, co usłyszałem na spotkaniach grupy księży, wśród
których byli m.in. ks. Jan Zieja, ks. Jan Twardowski, ks. Bronisław Bozowski,
ks. Aleksander Fedorowicz.
Na
przykład na jednym z takich spotkań ks. Bronisław Bozowski mówił, że zdanie
Ite, missa est powinno być rozesłaniem, czyli wezwaniem, by pójść między ludzi
– Msza święta się nie kończy. Słuchałem tych słów z otwartymi ustami – to było
coś zupełnie nowego.
Muszę powiedzieć, że dużo zawdzięczam ks.
Aleksandrowi Fedorowiczowi, do którego regularnie chodziliśmy wspólnie w małej
grupce kapłańskiej (m.in. z ks. Wojciechem Danielskim). Choć mówił niezwykle
prosto, byliśmy oczarowani jego słowami, coś jakby z niego emanowało...
W tym czasie wielki wpływ wywarła na mnie także duchowość
o. Karola de Foucauld.
Największym
jednak i dotkliwie odczuwalnym brakiem, był brak kierownika duchowego. Brak
światła w odczytywaniu woli Bożej.
Czy Pan Bóg wyszedł
wówczas naprzeciw poszukiwaniom duchowym Księdza Profesora?
Tak się stało. Okazja nadarzyła się, kiedy zostałem
wysłany w 1966 r. przez Księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego na studia do
Rzymu. Po kilku tygodniach wybrałem się do San Giovanni Rotondo, było to na dwa
lata przed śmiercią o. Pio. Przyjechawszy do Foggi dowiedziałem się, że nie
można jechać dalej, ponieważ jest sciopero. Nie rozumiałem, co to takiego. Po
doświadczeniu komunistycznej Polski nie wiedziałem, co to strajk.
Wreszcie
wypchanym po brzegi samochodem dostałem się do San Giovanni Rotondo i
zamieszkałem w najtańszym pensjonacie. Było już późno, gdy poszedłem spać, ale
o godzinie trzeciej w nocy zbudziła mnie kanonada klaksonów samochodowych i
krzyki ludzi na ulicy. Myślałem, że stało się jakieś nieszczęście.
Ubrałem
się i wyszedłem z pensjonatu. Zdziwieni moim pytaniem Włosi powiedzieli, że
przygotowują się do Mszy św. odprawianej przez o. Pio, która miała zacząć się o
godzinie czwartej rano. I rzeczywiście, o tej godzinie przed kościołem stał
wielki tłum, ja gdzieś na przedzie, bliżej bramy wejściowej.
Punktualnie
o czwartej otwarto bramę i miałem tylko jeden komfort – ścisk był tak wielki,
że zostałem dosłownie “zaniesiony” przed ołtarz. Klęczałem bardzo blisko o.
Pio, zaledwie w odległości paru metrów. Msza św. trwała około 40 minut. O. Pio
był podtrzymywany przez dwóch współbraci.
Pamięta Ksiądz Profesor
tamto spotkanie bardzo dokładnie. Musiało być ważne?
To prawda. Czekałem na to spotkanie w sposób wyjątkowy,
ponieważ byłem absolutnie przekonany o świętości o. Pio i pewny, że to Bóg
przez niego powie mi, co mam dalej robić. Do dziś to doświadczenie pozostało
żywe w mojej pamięci, mimo upływu lat. Szczególnie uderzyła mnie twarz o. Pio,
twarz człowieka, który WIDZIAŁ. Ojciec Pio z KIMŚ obecnym na ołtarzu prowadził
niemy dialog. Wyczuwało się jakby rozmawiał z ŻYWĄ OSOBĄ. Na twarzy widoczne
było wzruszenie, głębokie przeżycie.
Ojciec Pio był znany
jako niezwykły spowiednik. Czy Ksiądz spowiadał się u niego?
Tak. Spowiedź u o. Pio była ogromnym wstrząsem. Zebrało
się nas w kaplicy około dwudziestu mężczyzn. Starałem się skoncentrować przed
spowiedzią, ale moje skupienie przerywane było czyimś podniesionym głosem,
dochodzącym z celi. Zapytałem o to klęczącego obok mnie w ławce Włocha, który
ze zdumieniem odpowiedział: “Przecież to o. Pio tak głośno mówi”. Słowa były
niezrozumiałe, ale co jakiś czas dochodził do mnie ten podniesiony głos.
Zostałem zaprowadzony do celi, w której o. Pio spowiadał.
Cela nie miała drzwi, stąd ten głos słyszany w kaplicy. Wszedłszy, zobaczyłem
siedzącego na ławie o. Pio, który przenikał mnie swoim niezwykłym spojrzeniem.
Ciekawe, że w czasie całego spotkania nie odnotowałem nic nadzwyczajnego ani
cudownego. Nie odczuwałem też, by o. Pio przenikał moje sumienie, bo przerwał
moją wypowiedź i zapytał, kiedy byłem ostatni raz u spowiedzi.
Nauka,
jaką mi dał, właściwie ograniczała się do jednego zdania, które powtarzał, nie
wiem, może kilkadziesiąt razy, z coraz większym zdumieniem. Do dziś dźwięczą mi
w uszach słowa: Ma perché...?: „Ale dlaczego...?” „Ale dlaczego nie
chcesz iść za Bogiem do końca?” Próbowałem się tłumaczyć, że właśnie szukam, że
nie wiedziałem, nie wiem... . „Ale
dlaczego...?” powtarzane było z coraz większym zdumieniem. Stopień
zdumienia zawarty w tych, wypowiadanych bardzo głośno i bardzo ostro słowach,
był właściwie główną wskazówką. Ponieważ wierzyłem absolutnie w świętość o. Pio
i w to, że jego głos jest głosem Boga, dotarło do mojej świadomości, że to sam
Bóg tak do mnie woła.
Po
spowiedzi, stojący niedaleko brat zakonny, wyprowadził mnie na zewnątrz po
krętych korytarzach klasztornych. Stałem opierając się o ścianę klasztoru i
byłem w szoku, po prostu utraciłem świadomość świata, siebie, poczucie czasu.
Istniało tylko jedno pytanie, które waliło w uszach jak młot: Ma perché...?
Jak długo stałem pod ścianą klasztoru – nie wiem, może trzy, może cztery
godziny. Dopiero potem, stopniowo wracała świadomość codzienności i refleksja:
Jak bardzo muszę się zmienić, skoro Bóg tak zdecydowanie mnie potraktował.
Dlaczego to spotkanie z
o. Pio było dla Księdza Profesora tak głębokim przeżyciem?
Zmieniło dobrze ułożony system wartości, kierunek drogi,
moje miejsce wobec Boga. To wszystko, czym żyłem dotychczas, zawaliło się.
Gdyby nazwać to jakąś formą nawrócenia, oznaczałoby to, z duchowego punktu
widzenia, głębokie upokorzenie. Nowa sytuacja domagała się ode mnie zmiany
kierunku. Musiałem nastawić się dużo mniej na konstruowanie własnych planów, a
bardziej na wsłuchiwanie się w natchnienia Ducha Świętego, który mną potrząsnął.
To wydarzenie było jakimś zrodzeniem mnie – przez o.Pio – na nowo. I byłem, i
jestem mu za to wdzięczny. Czuję się Jego duchowym
synem. Rodzenie się na nowo dokonuje się w bólach, zarówno fizycznych, jak i
duchowych. Taka jest zasada... Zjechałem po pochylni..., nawet mocniej – był to
upadek z piedestału. Zanim spotkałem się z o. Pio czułem się “kimś”,
otrzymywałem dużo świateł, miałem głęboką świadomość wybrania przez Boga i
dążenia do wielkich ideałów. I nagle...poczułem się nikim. Inaczej mówiąc, Pan
Bóg dał mi twardą lekcję pokory.
Czy to znaczy, że to był
początek zupełnie nowego etapu w życiu Księdza Profesora?
Człowiek nie zmienia się natychmiast i nie mogę
powiedzieć, że stałem się kimś innym, ale ślad spotkania z Bożym człowiekiem
pozostał trwały w całym moim życiu i na pewno radykalnie zmienił moją
wewnętrzną postawę.
Po powrocie z San
Giovanni Rotondo do Rzymu kontynuował Ksiądz studia. Jakie były najważniejsze
naukowe inspiracje tamtego okresu?
Moje zainteresowania naukowe wiązały się z osobą Mircea
Eliade, religioznawcy światowej sławy. Jego dzieła naukowe oraz wykłady,
których słuchałem w Chicago, inspirowały moją pracę.
Towarzyszyły
jej pewne trudności, wiązały się one m.in. z osobą promotora, który na pewno
był wybitnym naukowcem, ale równocześnie człowiekiem niełatwym w kontakcie
osobistym. Stawiał wielkie wymagania swoim studentom i z tego też powodu byłem
w tym czasie jego jedynym doktorantem. W poszukiwaniach naukowych byłem zdany
na własne siły.
Mając
świadomość, że w Polsce nie znajdę literatury do napisania pracy
habilitacyjnej, zmieniłem kolejność: najpierw pisałem habilitację, a jakby przy
tej okazji – doktorat. Brak aktywnej pomocy ze strony promotora okazał się dla
mnie opatrznościowy. Wypracowałem sobie samodzielny warsztat naukowy.
Czy oba te nurty: życie
wewnętrzne i praca naukowa zaczęły splatać się ze sobą w tamtym okresie?
Religioznawstwo bardzo pomogło mi w życiu duchowym,
ponieważ bez studiów w zakresie historii religii czy eliadyzmu, nigdy tak
głęboko nie odkryłbym zjawiska sekularyzacji w kulturze zachodniej. Dla
badanych przeze mnie kultur Bliskiego czy Dalekiego Wschodu, współczesnych i
zamierzchłych, sacrum było obecne
zasadniczo w całości ich życia, sfera świeckości stanowiła zaledwie znikomy
procent.
Tymczasem
w kulturze zachodniej sytuacja jawi się całkiem odwrotnie. Sfera sacrum zajmuje u współczesnego człowieka
kultury zachodniej znikomy margines jego życia. Wielokrotnie obserwowałem to
m.in. w Holandii, Niemczech czy Francji. A z drugiej strony, poruszający był
kontakt z pewnym mnichem buddyjskim, który z prostotą wyznał, że poświęca na
medytację dziewięć godzin dziennie.
Posługując się kategoriami z ewangelicznej przypowieści o
siewcy, nieustannie mogłem potwierdzać zasadę, że z punktu widzenia naszej
wiary, religie pozachrześcijańskie, jeszcze nie zsekularyzowane, nie posiadają
w pełni dobrego “ziarna”, ale mają bardzo dobrą “glebę” – tzn. bardzo otwartego
na sacrum człowieka. Sobór Watykański
II mówi o występujący w tych religiach elementach prawdy i dobra oraz o
współistniejących z nimi elementach błędu i fałszu. Natomiast w
chrześcijaństwie doskonałe “ziarno” Ewangelii i łaski trafia na zsekularyzowaną
“glebę” kultury zachodniej.
Z
refleksji nad tym problemem zrodziło się moje wewnętrzne powołanie do pracy nad
glebą ludzkich dusz. Znalazło to swój wyraz m.in. w posłudze stałego
spowiednika, a w szczególnych przypadkach – kierownika duchowego.
Jak Ksiądz pojmuje
kierownictwo duchowe?
Kierownictwo duchowe winno być podporządkowane pewnym
zasadom. Najważniejsza z nich płynie z przekonania, że to Duch Święty prowadzi
dusze i w związku z tym należy podkreślić służebny i podrzędny charakter
kapłana jako narzędzia Bożego. Skoro Duch Święty jest tym właściwym
kierownikiem duszy, to kapłan stara się przede wszystkim wsłuchać w głos Boga
tak, aby nie uprzedzać działania łaski.
Kierownictwo
duchowe, zmierzające szczególnie do formowania dojrzałego sumienia, jest
rozumiane jako udzielanie się Ducha Świętego człowiekowi w kontekście spotkania
dwóch wolności: Boga i człowieka. Oznacza to, że kierownik duchowy, nie
powinien uprzedzać działania łaski, a z drugiej strony powinien uszanować
wolność człowieka i podchodzić do niego z wynikającym z pokory i miłości
szacunkiem, uwzględniając to, że człowiek zwykle z trudem odsłania swoje
wnętrze.
Zgodnie
z zasadą contemplata aliis tradere,
(przekazuje się to, czym się żyje), kierownik duchowy powinien być przede
wszystkim człowiekiem modlitwy i pokory. Winien zarazem szanować indywidualną i
niepowtarzalną drogę każdego człowieka, nie narzucając swojej własnej koncepcji
ani drogi, którą on sam kroczy.
Kierujący duszami sam powinien przeżyć doświadczenie
miłosierdzia Bożego, aby móc towarzyszyć duszy w najczulszym punkcie jej
spotkania z łaską, jakim jest jej doświadczenie słabości. To właśnie momenty
słabości są chwilami uprzywilejowanymi w drodze do Boga. Dusza nie potrafi już
wtedy całej swej troski ukierunkowywać na spełnianie oczekiwań kierownika i
staje się sobą, oczekując, że Bóg rozleje nad nią swoje miłosierdzie. I wtedy –
dzięki Jego miłosierdziu – dzieje się to, co najważniejsze. Duch Święty może
się udzielać człowiekowi, a moc doskonali się w słabości.
W jaki sposób
kształtowało się u Księdza Profesora rozumienie wiary?
Wiąże się ono z pewnym głębokim doświadczeniem duchowym,
jakie przeżyłem na początku sierpnia Jubileuszowego Roku 1975. Jechałem do
Zakopanego pociągiem w nocy. Męczyłem się nie mogąc zasnąć. Zacząłem
zastanawiać się nad swoją wiarą i dochodziłem wraz z upływem godzin do wniosku,
że jestem człowiekiem małej wiary.
Zrozumiałem
wtedy, że wiara to inne, zupełnie inne widzenie świata. To tak, jakby oglądać
świat z ogromnej wysokości. Świat widziany z wysoka jest mały, widać ludzi o
mikroskopijnych rozmiarach, widać jakiś ruch. To widzenie “z góry” wydawało mi
się bliższe widzeniu, jakie ma Bóg patrząc na świat.
Przez
moją głowę myśli przebiegały, jak błyskawice. Przecież za Chrystusem Panem –
rozważałem – poszli Apostołowie zostawiając wszystko. Uwierzyli w Niego,
tymczasem On najczęściej zarzucał im brak wiary lub małą wiarę. To znaczy, że
Chrystusowi chodziło o inną wiarę. Ich wiarę kwestionował.
Zaczynałem
coraz bardziej rozumieć – a to wszystko dokonywało się w takt stukających kół
pociągu – że aby odkryć, jak mam wierzyć muszę, idąc za wskazaniem Jezusa
Chrystusa, kwestionować swoją wiarę.
Czy znaczy to, że
kwestionowanie wiary rozumiał Ksiądz jako istotę nawrócenia?
Samo kwestionowanie miało być tylko punktem wyjścia –
burzeniem tego, co było martwe, skrzywione i nie związane z prawdą o Ewangelii.
Rozważaniom na temat tej prawdy towarzyszył jakiś niesamowity entuzjazm, tak
jakby się we mnie dokonywało coś nowego. Zaczynałem rozumieć, że
zakwestionowanie dotychczasowej wiary miało służyć odkryciu, że wiara jest
widzeniem świata innym niż potoczne. Tak, jakbym był na bardzo wysokiej wieży i
na nowo oglądał świat. Jakbym widział go po raz pierwszy, tyle, że tym razem na
sposób nadprzyrodzony.
Jaki był pierwszy skutek
owego duchowego doświadczenia?
Przyjechawszy do Zakopanego powiedziałem tym, którzy
oczekiwali mnie na dworcu: “Znalazłem drogę do nawrócenia. Pragnę wam mówić o
wierze”. Wygłosiłem do tej grupy osób szereg konferencji na temat wiary.
Starałem się im powiedzieć, że to wszystko, z czym się stykamy w życiu, ma inny
wymiar, którego sens odkrywamy właśnie poprzez wiarę.
Wolny
czas między konferencjami przeznaczyłem na rozmowy indywidualne, starałem się
przede wszystkim słuchać moich rozmówców.
Z czym przychodzili?
Były to przede wszystkim świeckie problemy, dotyczące
rodziny, pracy zawodowej, zdrowia, zwykłej, szarej codzienności... Usiłowałem
każdą sprawę przedstawić w świetle wiary. Było to poszukiwanie głębszego,
nadprzyrodzonego sensu wydarzeń. Chodziło o odkrywanie elementu
nadprzyrodzonego ukrytego za zasłoną świeckości.
Te rozmowy
nie były łatwe, gdyż człowiek bardzo trudno zmienia swoje opinie i poglądy.
Była to jednak próba ukazywania moim słuchaczom, że każde z wydarzeń, o których
mi opowiadali, to przejście Boga i wezwanie skierowane do człowieka. Usiłowałem
ukazać im, że to wszystko, co się dzieje w ich życiu, jest ważne z punktu
widzenia wiary, że Pan Bóg chce czegoś więcej, oczekuje na kolejne nawrócenie.
Czy tamto doświadczenie
duchowe, o którym Ksiądz Profesor opowiada, miało swój ciąg dalszy?
Stwierdziłem już następnego dnia po przyjeździe do
Zakopanego, że to, czego doświadczam i czym zaczynam żyć, wiąże się ze
szczególną łaską.
Wybrałem
się pieszo na Gubałówkę i w czasie podchodzenia zorientowałem się, że moje usta
same wymawiają bez przerwy słowa modlitwy. Powtarzałem ją nieustannie przez
kilka godzin, nie męcząc się. Po paru godzinach przerwy modlitwa wracała znowu.
W tym
czasie rozczytywałem się z zachwytem w książce Aby lepiej poznać św. Teresę
z Lisieux. Pisma św. Teresy znałem już wcześniej, szczególnie Rady i
wspomnienia, ale właśnie wtedy, czytając tę książkę, czułem się jakbym na
nowo odkrywał “małą drogę”.
Pojawiły się konkretne
owoce duchowe?
Swoimi doświadczeniami związanymi z osobistym odkryciem, czym jest wiara,
starałem się dzielić z innymi. Mówiłem wtedy wiele konferencji, m.in. do sióstr
zakonnych.
Jeżeli od czasu pierwszego nawrócenia teoria i praktyka
życia wewnętrznego stała się moją pasją, to po “zakopiańskim” doświadczeniu
duchowym ta pasja wielokrotnie się zintensyfikowała. Zaowocowało to moim
głębokim zaangażowaniem się w tworzenie i prowadzenie grup życia wewnętrznego.
Praktykowały one z niezwykłą gorliwością ascezę według jej najlepszych wzorów,
jak św. Teresa od Dzieciątka Jezus, św. Jan od Krzyża, św. Maksymilian Kolbe.
Większość
uczestników tych grup odczuwała ciągły niedosyt w zakresie życia duchowego.
Istotną odpowiedzią na to pragnienie było odkrycie przez nich potrzeby
kierownictwa duchowego. Posługę kierownictwa duchowego pełniłem już od szeregu
lat, ale wtedy gwałtownie się ona zintensyfikowała.
Niezwykła
otwartość na łaskę wśród świeckich uczestników prowadzonych przeze mnie grup
znalazła swój wyraz w wielkim zapale apostolskim. Zaowocował on założeniem w
roku 1985 Ruchu Rodzin Nazaretańskich.
Przy wielkiej pomocy ze strony ks. Andrzeja Buczela z trudem byliśmy w stanie
zaspokoić potrzeby duchowe ogromnej rzeszy nowych członków Ruchu.
Dla
przykładu podam, że na początku roku 1987 liczba osób związanych z Ruchem
wynosiła ponad sto, a już pod koniec tego roku znacznie przekroczyła tysiąc.
Dalszy, dynamiczny rozwój Ruchu był związany z aktywnym zaangażowaniem się
szerokiego grona kapłanów.
Ruch Rodzin
Nazaretańskich jest dziś obecny w wielu krajach. Jak do tego doszło?
Niezwykły zapał apostolski członków Ruchu znalazł wyraz w tworzeniu
wspólnot na całym świecie. Dla przykładu podam, że już w 1989 r. arcybiskup
Rosendo Huesca erygował Ruch w archidiecezji Puebla w Meksyku.
Tworzeniu
wspólnot w różnych krajach towarzyszyło wielkie zapotrzebowanie na materiały
formacyjne. W ten sposób powstała seria zeszytów RRN licząca obecnie około 40
pozycji. Każdy zeszyt stanowi odrębną całość z zakresu tematyki życia
wewnętrznego albo rodzinnego.
Nowym,
niezwykle dynamicznym impulsem do rozwoju Ruchu, było mianowanie w 1992 r.
przez Ks. Prymasa Józefa Glempa na moderatora Ruchu ks. dra Jarosława Piłata.
Zaowocowało to dalszym, szybkim rozwojem Ruchu poza granicami Polski,
szczególnie na Filipinach. Jeden z biskupów filipińskich, ordynariusz diecezji
Legazpi bp Jose C. Sorra, głęboko zainteresowany Ruchem, przebywał w Polsce w
1996 r. w celu bliższego zapoznania się z naszymi metodami pracy apostolskiej i
formacją duchową.
Obecnie
z Ruchem, a zwłaszcza z jego duchowością związanych jest kilkaset tysięcy osób
na wszystkich kontynentach.
Czy mógłby
Ksiądz w skrócie powiedzieć, na czym polega istota Ruchu Rodzin Nazaretańskich?
Ten Ruch jest wspólnotą, dla której kontakt z Bogiem określony jest poprzez
prymat osoby nad działaniem (agere
sequitur esse). Zgodnie z myślą św. Bazylego Wielkiego, w duchowości Ruchu
podkreśla się, że Bogu bardziej zależy na nas niż na naszym działaniu.
Najważniejsze jest, by Chrystus w nas wzrastał, bo wtedy nasze działanie będzie
coraz bardziej uległe działaniu Ducha Świętego tak, aby ostatecznie zaowocowało
zjednoczeniem przeobrażającym.
Jak
zdefiniowałby Ksiądz Profesor świętość? Czym ona jest dla członków Ruchu Rodzin
Nazaretańskich?
Świętość pojmowana bywa dziś w
różny sposób. Ruch Rodzin Nazaretańśkich opiera się na doktrynie św. Jana od
Krzyża, dla którego świętość to całkowite pochłonięcie duszy przez Boga –
nazywane przez niego zjednoczeniem przeobrażającym – w którym wola człowieka
jakby znika w swojej odrębności, przyjmując całkowicie wolę Bożą tak, że
istnieje pełna jedność woli człowieka i woli Boga, i nic ich nie rozdziela.
Dusza jest tak opanowana przez Boga, że to już nie człowiek żyje, ale Bóg w
nim. Św. Paweł wyraził to słowami: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we
mnie Chrystus” (Ga 2, 20).
Rozmawiała Dorota Narewska