Oddać się Panu Bogu do końca

 

Wywiad z Księdzem Profesorem Tadeuszem Dajczerem, założycielem Ruchu Rodzin Nazaretańskich.

 

 

Sięgnijmy do początków. Skąd u Księdza Profesora wzięło się zainteresowanie życiem wewnętrznym?

 

            W tym roku upłynie pięćdziesiąt lat, odkąd wkroczyłem na drogę życia wewnętrznego. Byłem zawsze “zwariowany”, pełen idealizmu i pragnień, by oddać się jakiejś sprawie do końca. Najpierw to była Ojczyzna. Imponowały mi, jako licealiście, postaci bohaterów walczących o niepodległość: Tadeusz Kościuszko, książę Józef Poniatowski... Interesowałem się również epoką napoleońską i polskimi powstaniami. Chciałem po prostu oddać życie za Ojczyznę. Potem jednak przyszła refleksja: Przecież nie wstąpię w czasach komunizmu do Akademii Nauk Politycznych!

Pomogła mi choroba. To nie takie łatwe przez cztery i pół miesiąca leżeć w łóżku. Obkładałem się książkami, ale jednak mimo to miałem dużo czasu do namysłu. Wśród książek pojawiły się również pozycje religijne, takie jak Ukryty bohater – opowieść o ojcu Williamie Doyle’u czy o. Mariana Pirożyńskiego Kształcenie charakteru. Wstrząsem był opis Ogrójca przeczytany w książce jezuity o. Jana Roztworowskiego.

 

Czy walka o wybór drogi życiowej trwała długo?

 

            Prawie przez cały czas przeciągającej się grypy. Tak jak Jakub, nie chciałem ulec Panu Bogu. Nie widziałem siebie jako księdza, jednak w wyniku lektury i wewnętrznych zmagań przestawiły mi się ideały: z patriotycznych na religijne. Nie myślałem jeszcze wtedy, żeby zostać księdzem, ale oddać Panu Bogu wszystko – to tak!

 

Jak narodziło się powołanie do kapłaństwa?

 

            Powołanie do życia na wyłączność dla Pana Boga musiało się w końcu skrystalizować. Nie widziałem jakoś dla siebie realizacji w świecie i w sposób logiczny pojawiła się idea wstąpienia do seminarium lub zakonu. Po namyśle wstąpiłem do seminarium. W tym okresie często bywałem w bibliotece u oo. Jezuitów na Rakowieckiej wertując książki religijne.

            Ale jak długo można modlić się, rozbudzając w sobie stronę emocjonalną. Byłem młody, sił miałem dużo, trwało to długo...parę lat, aż wreszcie... łuk pękł. Stwierdziłem, że nic nie odczuwam i nawet nie potrafię zmusić się do żadnego odczucia. Ciekawe, że Bóg przychodził do mnie najczęściej poprzez książki. I tym razem tak było. Dostałem od znajomego kleryka taki wyblakły, ledwo nadający się do czytania, tekst René Voillaume’a Au coeur de masses (wydanej później w Polsce pt. Echa Nazaretu). Po jej lekturze byłem, jak Kolumb czy Kopernik w obliczu odkrycia, że modlitwa nie musi być emocjonalna. Dziwiłem się, że nikt nigdy mi o tym nie powiedział.

 

Jak Ksiądz Profesor przeżywał pierwsze lata kapłaństwa?

 

Pojawiła się samotność. W pierwszej parafii postanowiłem wstrząsnąć ludźmi i pociągnąć ich do Boga. Zakupiłem u Księży Saletynów pięć tysięcy medalików Matki Bożej Saletyńskiej, powiedziałem “wstrząsające” kazanie i rozdałem każdemu po medaliku i obrazku, myśląc, że w ten sposób wszyscy zostaną nawróceni. Obrazki były ładne, kazanie było o łzach Matki Bożej. A ja przeżyłem zaskoczenie tym, jak skromne okazały się rezultaty.

            Instynktownie szukałem duchowo bliskich sobie dusz kapłańskich i chłonąłem to, co usłyszałem na spotkaniach grupy księży, wśród których byli m.in. ks. Jan Zieja, ks. Jan Twardowski, ks. Bronisław Bozowski, ks. Aleksander Fedorowicz.

Na przykład na jednym z takich spotkań ks. Bronisław Bozowski mówił, że zdanie Ite, missa est powinno być rozesłaniem, czyli wezwaniem, by pójść między ludzi – Msza święta się nie kończy. Słuchałem tych słów z otwartymi ustami – to było coś zupełnie nowego.

 Muszę powiedzieć, że dużo zawdzięczam ks. Aleksandrowi Fedorowiczowi, do którego regularnie chodziliśmy wspólnie w małej grupce kapłańskiej (m.in. z ks. Wojciechem Danielskim). Choć mówił niezwykle prosto, byliśmy oczarowani jego słowami, coś jakby z niego emanowało...

            W tym czasie wielki wpływ wywarła na mnie także duchowość o. Karola de Foucauld.

Największym jednak i dotkliwie odczuwalnym brakiem, był brak kierownika duchowego. Brak światła w odczytywaniu woli Bożej.

 

Czy Pan Bóg wyszedł wówczas naprzeciw poszukiwaniom duchowym Księdza Profesora?

 

            Tak się stało. Okazja nadarzyła się, kiedy zostałem wysłany w 1966 r. przez Księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego na studia do Rzymu. Po kilku tygodniach wybrałem się do San Giovanni Rotondo, było to na dwa lata przed śmiercią o. Pio. Przyjechawszy do Foggi dowiedziałem się, że nie można jechać dalej, ponieważ jest sciopero. Nie rozumiałem, co to takiego. Po doświadczeniu komunistycznej Polski nie wiedziałem, co to strajk.

Wreszcie wypchanym po brzegi samochodem dostałem się do San Giovanni Rotondo i zamieszkałem w najtańszym pensjonacie. Było już późno, gdy poszedłem spać, ale o godzinie trzeciej w nocy zbudziła mnie kanonada klaksonów samochodowych i krzyki ludzi na ulicy. Myślałem, że stało się jakieś nieszczęście.

Ubrałem się i wyszedłem z pensjonatu. Zdziwieni moim pytaniem Włosi powiedzieli, że przygotowują się do Mszy św. odprawianej przez o. Pio, która miała zacząć się o godzinie czwartej rano. I rzeczywiście, o tej godzinie przed kościołem stał wielki tłum, ja gdzieś na przedzie, bliżej bramy wejściowej.

Punktualnie o czwartej otwarto bramę i miałem tylko jeden komfort – ścisk był tak wielki, że zostałem dosłownie “zaniesiony” przed ołtarz. Klęczałem bardzo blisko o. Pio, zaledwie w odległości paru metrów. Msza św. trwała około 40 minut. O. Pio był podtrzymywany przez dwóch współbraci.

 

Pamięta Ksiądz Profesor tamto spotkanie bardzo dokładnie. Musiało być ważne?

 

            To prawda. Czekałem na to spotkanie w sposób wyjątkowy, ponieważ byłem absolutnie przekonany o świętości o. Pio i pewny, że to Bóg przez niego powie mi, co mam dalej robić. Do dziś to doświadczenie pozostało żywe w mojej pamięci, mimo upływu lat. Szczególnie uderzyła mnie twarz o. Pio, twarz człowieka, który WIDZIAŁ. Ojciec Pio z KIMŚ obecnym na ołtarzu prowadził niemy dialog. Wyczuwało się jakby rozmawiał z ŻYWĄ OSOBĄ. Na twarzy widoczne było wzruszenie, głębokie przeżycie.

 

Ojciec Pio był znany jako niezwykły spowiednik. Czy Ksiądz spowiadał się u niego?

 

            Tak. Spowiedź u o. Pio była ogromnym wstrząsem. Zebrało się nas w kaplicy około dwudziestu mężczyzn. Starałem się skoncentrować przed spowiedzią, ale moje skupienie przerywane było czyimś podniesionym głosem, dochodzącym z celi. Zapytałem o to klęczącego obok mnie w ławce Włocha, który ze zdumieniem odpowiedział: “Przecież to o. Pio tak głośno mówi”. Słowa były niezrozumiałe, ale co jakiś czas dochodził do mnie ten podniesiony głos.

            Zostałem zaprowadzony do celi, w której o. Pio spowiadał. Cela nie miała drzwi, stąd ten głos słyszany w kaplicy. Wszedłszy, zobaczyłem siedzącego na ławie o. Pio, który przenikał mnie swoim niezwykłym spojrzeniem. Ciekawe, że w czasie całego spotkania nie odnotowałem nic nadzwyczajnego ani cudownego. Nie odczuwałem też, by o. Pio przenikał moje sumienie, bo przerwał moją wypowiedź i zapytał, kiedy byłem ostatni raz u spowiedzi.

Nauka, jaką mi dał, właściwie ograniczała się do jednego zdania, które powtarzał, nie wiem, może kilkadziesiąt razy, z coraz większym zdumieniem. Do dziś dźwięczą mi w uszach słowa: Ma perché...?: „Ale dlaczego...?” „Ale dlaczego nie chcesz iść za Bogiem do końca?” Próbowałem się tłumaczyć, że właśnie szukam, że nie wiedziałem, nie wiem... . „Ale  dlaczego...?” powtarzane było z coraz większym zdumieniem. Stopień zdumienia zawarty w tych, wypowiadanych bardzo głośno i bardzo ostro słowach, był właściwie główną wskazówką. Ponieważ wierzyłem absolutnie w świętość o. Pio i w to, że jego głos jest głosem Boga, dotarło do mojej świadomości, że to sam Bóg tak do mnie woła.

Po spowiedzi, stojący niedaleko brat zakonny, wyprowadził mnie na zewnątrz po krętych korytarzach klasztornych. Stałem opierając się o ścianę klasztoru i byłem w szoku, po prostu utraciłem świadomość świata, siebie, poczucie czasu. Istniało tylko jedno pytanie, które waliło w uszach jak młot: Ma perché...? Jak długo stałem pod ścianą klasztoru – nie wiem, może trzy, może cztery godziny. Dopiero potem, stopniowo wracała świadomość codzienności i refleksja: Jak bardzo muszę się zmienić, skoro Bóg tak zdecydowanie mnie potraktował.

 

Dlaczego to spotkanie z o. Pio było dla Księdza Profesora tak głębokim przeżyciem?

 

            Zmieniło dobrze ułożony system wartości, kierunek drogi, moje miejsce wobec Boga. To wszystko, czym żyłem dotychczas, zawaliło się. Gdyby nazwać to jakąś formą nawrócenia, oznaczałoby to, z duchowego punktu widzenia, głębokie upokorzenie. Nowa sytuacja domagała się ode mnie zmiany kierunku. Musiałem nastawić się dużo mniej na konstruowanie własnych planów, a bardziej na wsłuchiwanie się w natchnienia Ducha Świętego, który mną potrząsnął. To wydarzenie było jakimś zrodzeniem mnie – przez o.Pio – na nowo. I byłem, i jestem mu za to wdzięczny. Czuję się Jego duchowym synem. Rodzenie się na nowo dokonuje się w bólach, zarówno fizycznych, jak i duchowych. Taka jest zasada... Zjechałem po pochylni..., nawet mocniej – był to upadek z piedestału. Zanim spotkałem się z o. Pio czułem się “kimś”, otrzymywałem dużo świateł, miałem głęboką świadomość wybrania przez Boga i dążenia do wielkich ideałów. I nagle...poczułem się nikim. Inaczej mówiąc, Pan Bóg dał mi twardą lekcję pokory.

 

Czy to znaczy, że to był początek zupełnie nowego etapu w życiu Księdza Profesora?

 

            Człowiek nie zmienia się natychmiast i nie mogę powiedzieć, że stałem się kimś innym, ale ślad spotkania z Bożym człowiekiem pozostał trwały w całym moim życiu i na pewno radykalnie zmienił moją wewnętrzną postawę.

 

Po powrocie z San Giovanni Rotondo do Rzymu kontynuował Ksiądz studia. Jakie były najważniejsze naukowe inspiracje tamtego okresu?

 

            Moje zainteresowania naukowe wiązały się z osobą Mircea Eliade, religioznawcy światowej sławy. Jego dzieła naukowe oraz wykłady, których słuchałem w Chicago, inspirowały moją pracę.

Towarzyszyły jej pewne trudności, wiązały się one m.in. z osobą promotora, który na pewno był wybitnym naukowcem, ale równocześnie człowiekiem niełatwym w kontakcie osobistym. Stawiał wielkie wymagania swoim studentom i z tego też powodu byłem w tym czasie jego jedynym doktorantem. W poszukiwaniach naukowych byłem zdany na własne siły.

Mając świadomość, że w Polsce nie znajdę literatury do napisania pracy habilitacyjnej, zmieniłem kolejność: najpierw pisałem habilitację, a jakby przy tej okazji – doktorat. Brak aktywnej pomocy ze strony promotora okazał się dla mnie opatrznościowy. Wypracowałem sobie samodzielny warsztat naukowy.

 

Czy oba te nurty: życie wewnętrzne i praca naukowa zaczęły splatać się ze sobą w tamtym okresie?

 

            Religioznawstwo bardzo pomogło mi w życiu duchowym, ponieważ bez studiów w zakresie historii religii czy eliadyzmu, nigdy tak głęboko nie odkryłbym zjawiska sekularyzacji w kulturze zachodniej. Dla badanych przeze mnie kultur Bliskiego czy Dalekiego Wschodu, współczesnych i zamierzchłych, sacrum było obecne zasadniczo w całości ich życia, sfera świeckości stanowiła zaledwie znikomy procent.

Tymczasem w kulturze zachodniej sytuacja jawi się całkiem odwrotnie. Sfera sacrum zajmuje u współczesnego człowieka kultury zachodniej znikomy margines jego życia. Wielokrotnie obserwowałem to m.in. w Holandii, Niemczech czy Francji. A z drugiej strony, poruszający był kontakt z pewnym mnichem buddyjskim, który z prostotą wyznał, że poświęca na medytację dziewięć godzin dziennie.

            Posługując się kategoriami z ewangelicznej przypowieści o siewcy, nieustannie mogłem potwierdzać zasadę, że z punktu widzenia naszej wiary, religie pozachrześcijańskie, jeszcze nie zsekularyzowane, nie posiadają w pełni dobrego “ziarna”, ale mają bardzo dobrą “glebę” – tzn. bardzo otwartego na sacrum człowieka. Sobór Watykański II mówi o występujący w tych religiach elementach prawdy i dobra oraz o współistniejących z nimi elementach błędu i fałszu. Natomiast w chrześcijaństwie doskonałe “ziarno” Ewangelii i łaski trafia na zsekularyzowaną “glebę” kultury zachodniej.

Z refleksji nad tym problemem zrodziło się moje wewnętrzne powołanie do pracy nad glebą ludzkich dusz. Znalazło to swój wyraz m.in. w posłudze stałego spowiednika, a w szczególnych przypadkach – kierownika duchowego.

 

Jak Ksiądz pojmuje kierownictwo duchowe?

 

            Kierownictwo duchowe winno być podporządkowane pewnym zasadom. Najważniejsza z nich płynie z przekonania, że to Duch Święty prowadzi dusze i w związku z tym należy podkreślić służebny i podrzędny charakter kapłana jako narzędzia Bożego. Skoro Duch Święty jest tym właściwym kierownikiem duszy, to kapłan stara się przede wszystkim wsłuchać w głos Boga tak, aby nie uprzedzać działania łaski.

Kierownictwo duchowe, zmierzające szczególnie do formowania dojrzałego sumienia, jest rozumiane jako udzielanie się Ducha Świętego człowiekowi w kontekście spotkania dwóch wolności: Boga i człowieka. Oznacza to, że kierownik duchowy, nie powinien uprzedzać działania łaski, a z drugiej strony powinien uszanować wolność człowieka i podchodzić do niego z wynikającym z pokory i miłości szacunkiem, uwzględniając to, że człowiek zwykle z trudem odsłania swoje wnętrze.

Zgodnie z zasadą contemplata aliis tradere, (przekazuje się to, czym się żyje), kierownik duchowy powinien być przede wszystkim człowiekiem modlitwy i pokory. Winien zarazem szanować indywidualną i niepowtarzalną drogę każdego człowieka, nie narzucając swojej własnej koncepcji ani drogi, którą on sam kroczy.

            Kierujący duszami sam powinien przeżyć doświadczenie miłosierdzia Bożego, aby móc towarzyszyć duszy w najczulszym punkcie jej spotkania z łaską, jakim jest jej doświadczenie słabości. To właśnie momenty słabości są chwilami uprzywilejowanymi w drodze do Boga. Dusza nie potrafi już wtedy całej swej troski ukierunkowywać na spełnianie oczekiwań kierownika i staje się sobą, oczekując, że Bóg rozleje nad nią swoje miłosierdzie. I wtedy – dzięki Jego miłosierdziu – dzieje się to, co najważniejsze. Duch Święty może się udzielać człowiekowi, a moc doskonali się w słabości.

 

W jaki sposób kształtowało się u Księdza Profesora rozumienie wiary?

 

            Wiąże się ono z pewnym głębokim doświadczeniem duchowym, jakie przeżyłem na początku sierpnia Jubileuszowego Roku 1975. Jechałem do Zakopanego pociągiem w nocy. Męczyłem się nie mogąc zasnąć. Zacząłem zastanawiać się nad swoją wiarą i dochodziłem wraz z upływem godzin do wniosku, że jestem człowiekiem małej wiary.

Zrozumiałem wtedy, że wiara to inne, zupełnie inne widzenie świata. To tak, jakby oglądać świat z ogromnej wysokości. Świat widziany z wysoka jest mały, widać ludzi o mikroskopijnych rozmiarach, widać jakiś ruch. To widzenie “z góry” wydawało mi się bliższe widzeniu, jakie ma Bóg patrząc na świat.

Przez moją głowę myśli przebiegały, jak błyskawice. Przecież za Chrystusem Panem – rozważałem – poszli Apostołowie zostawiając wszystko. Uwierzyli w Niego, tymczasem On najczęściej zarzucał im brak wiary lub małą wiarę. To znaczy, że Chrystusowi chodziło o inną wiarę. Ich wiarę kwestionował.

Zaczynałem coraz bardziej rozumieć – a to wszystko dokonywało się w takt stukających kół pociągu – że aby odkryć, jak mam wierzyć muszę, idąc za wskazaniem Jezusa Chrystusa, kwestionować swoją wiarę.

 

Czy znaczy to, że kwestionowanie wiary rozumiał Ksiądz jako istotę nawrócenia?

 

            Samo kwestionowanie miało być tylko punktem wyjścia – burzeniem tego, co było martwe, skrzywione i nie związane z prawdą o Ewangelii. Rozważaniom na temat tej prawdy towarzyszył jakiś niesamowity entuzjazm, tak jakby się we mnie dokonywało coś nowego. Zaczynałem rozumieć, że zakwestionowanie dotychczasowej wiary miało służyć odkryciu, że wiara jest widzeniem świata innym niż potoczne. Tak, jakbym był na bardzo wysokiej wieży i na nowo oglądał świat. Jakbym widział go po raz pierwszy, tyle, że tym razem na sposób nadprzyrodzony.

 

Jaki był pierwszy skutek owego duchowego doświadczenia?

 

            Przyjechawszy do Zakopanego powiedziałem tym, którzy oczekiwali mnie na dworcu: “Znalazłem drogę do nawrócenia. Pragnę wam mówić o wierze”. Wygłosiłem do tej grupy osób szereg konferencji na temat wiary. Starałem się im powiedzieć, że to wszystko, z czym się stykamy w życiu, ma inny wymiar, którego sens odkrywamy właśnie poprzez wiarę.

Wolny czas między konferencjami przeznaczyłem na rozmowy indywidualne, starałem się przede wszystkim słuchać moich rozmówców.

 

Z czym przychodzili?

 

            Były to przede wszystkim świeckie problemy, dotyczące rodziny, pracy zawodowej, zdrowia, zwykłej, szarej codzienności... Usiłowałem każdą sprawę przedstawić w świetle wiary. Było to poszukiwanie głębszego, nadprzyrodzonego sensu wydarzeń. Chodziło o odkrywanie elementu nadprzyrodzonego ukrytego za zasłoną świeckości.

Te rozmowy nie były łatwe, gdyż człowiek bardzo trudno zmienia swoje opinie i poglądy. Była to jednak próba ukazywania moim słuchaczom, że każde z wydarzeń, o których mi opowiadali, to przejście Boga i wezwanie skierowane do człowieka. Usiłowałem ukazać im, że to wszystko, co się dzieje w ich życiu, jest ważne z punktu widzenia wiary, że Pan Bóg chce czegoś więcej, oczekuje na kolejne nawrócenie.

 

Czy tamto doświadczenie duchowe, o którym Ksiądz Profesor opowiada, miało swój ciąg dalszy?

 

            Stwierdziłem już następnego dnia po przyjeździe do Zakopanego, że to, czego doświadczam i czym zaczynam żyć, wiąże się ze szczególną łaską.

Wybrałem się pieszo na Gubałówkę i w czasie podchodzenia zorientowałem się, że moje usta same wymawiają bez przerwy słowa modlitwy. Powtarzałem ją nieustannie przez kilka godzin, nie męcząc się. Po paru godzinach przerwy modlitwa wracała znowu.

W tym czasie rozczytywałem się z zachwytem w książce Aby lepiej poznać św. Teresę z Lisieux. Pisma św. Teresy znałem już wcześniej, szczególnie Rady i wspomnienia, ale właśnie wtedy, czytając tę książkę, czułem się jakbym na nowo odkrywał “małą drogę”.

 

Pojawiły się konkretne owoce duchowe?

 

            Swoimi doświadczeniami związanymi z osobistym odkryciem, czym jest wiara, starałem się dzielić z innymi. Mówiłem wtedy wiele konferencji, m.in. do sióstr zakonnych.

            Jeżeli od czasu pierwszego nawrócenia teoria i praktyka życia wewnętrznego stała się moją pasją, to po “zakopiańskim” doświadczeniu duchowym ta pasja wielokrotnie się zintensyfikowała. Zaowocowało to moim głębokim zaangażowaniem się w tworzenie i prowadzenie grup życia wewnętrznego. Praktykowały one z niezwykłą gorliwością ascezę według jej najlepszych wzorów, jak św. Teresa od Dzieciątka Jezus, św. Jan od Krzyża, św. Maksymilian Kolbe.

Większość uczestników tych grup odczuwała ciągły niedosyt w zakresie życia duchowego. Istotną odpowiedzią na to pragnienie było odkrycie przez nich potrzeby kierownictwa duchowego. Posługę kierownictwa duchowego pełniłem już od szeregu lat, ale wtedy gwałtownie się ona zintensyfikowała.

Niezwykła otwartość na łaskę wśród świeckich uczestników prowadzonych przeze mnie grup znalazła swój wyraz w wielkim zapale apostolskim. Zaowocował on założeniem w roku 1985 Ruchu Rodzin Nazaretańskich. Przy wielkiej pomocy ze strony ks. Andrzeja Buczela z trudem byliśmy w stanie zaspokoić potrzeby duchowe ogromnej rzeszy nowych członków Ruchu.

Dla przykładu podam, że na początku roku 1987 liczba osób związanych z Ruchem wynosiła ponad sto, a już pod koniec tego roku znacznie przekroczyła tysiąc. Dalszy, dynamiczny rozwój Ruchu był związany z aktywnym zaangażowaniem się szerokiego grona kapłanów.

 

Ruch Rodzin Nazaretańskich jest dziś obecny w wielu krajach. Jak do tego doszło?

 

            Niezwykły zapał apostolski członków Ruchu znalazł wyraz w tworzeniu wspólnot na całym świecie. Dla przykładu podam, że już w 1989 r. arcybiskup Rosendo Huesca erygował Ruch w archidiecezji Puebla w Meksyku.

Tworzeniu wspólnot w różnych krajach towarzyszyło wielkie zapotrzebowanie na materiały formacyjne. W ten sposób powstała seria zeszytów RRN licząca obecnie około 40 pozycji. Każdy zeszyt stanowi odrębną całość z zakresu tematyki życia wewnętrznego albo rodzinnego.

Nowym, niezwykle dynamicznym impulsem do rozwoju Ruchu, było mianowanie w 1992 r. przez Ks. Prymasa Józefa Glempa na moderatora Ruchu ks. dra Jarosława Piłata. Zaowocowało to dalszym, szybkim rozwojem Ruchu poza granicami Polski, szczególnie na Filipinach. Jeden z biskupów filipińskich, ordynariusz diecezji Legazpi bp Jose C. Sorra, głęboko zainteresowany Ruchem, przebywał w Polsce w 1996 r. w celu bliższego zapoznania się z naszymi metodami pracy apostolskiej i formacją duchową.

Obecnie z Ruchem, a zwłaszcza z jego duchowością związanych jest kilkaset tysięcy osób na wszystkich kontynentach.

 

Czy mógłby Ksiądz w skrócie powiedzieć, na czym polega istota Ruchu Rodzin Nazaretańskich?

 

            Ten Ruch jest wspólnotą, dla której kontakt z Bogiem określony jest poprzez prymat osoby nad działaniem (agere sequitur esse). Zgodnie z myślą św. Bazylego Wielkiego, w duchowości Ruchu podkreśla się, że Bogu bardziej zależy na nas niż na naszym działaniu. Najważniejsze jest, by Chrystus w nas wzrastał, bo wtedy nasze działanie będzie coraz bardziej uległe działaniu Ducha Świętego tak, aby ostatecznie zaowocowało zjednoczeniem przeobrażającym.

 

Jak zdefiniowałby Ksiądz Profesor świętość? Czym ona jest dla członków Ruchu Rodzin Nazaretańskich?

 

Świętość pojmowana bywa dziś w różny sposób. Ruch Rodzin Nazaretańśkich opiera się na doktrynie św. Jana od Krzyża, dla którego świętość to całkowite pochłonięcie duszy przez Boga – nazywane przez niego zjednoczeniem przeobrażającym – w którym wola człowieka jakby znika w swojej odrębności, przyjmując całkowicie wolę Bożą tak, że istnieje pełna jedność woli człowieka i woli Boga, i nic ich nie rozdziela. Dusza jest tak opanowana przez Boga, że to już nie człowiek żyje, ale Bóg w nim. Św. Paweł wyraził to słowami: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2, 20).

 

Rozmawiała Dorota Narewska