Warto zobaczyć w kinie !

 

XXVIII Niedziela Zwykła – B – 2018.

Drogie Siostry i Bracia w Chrystusie, w kwestii bogactw problem nie polega na tym, żeby wiedzieć od jakiej wielkości majątku czy pensji nie można już być chrześcijaninem. Marek każe nam patrzeć nie na kalkulator, lecz na Jezusa, który patrzy na nas (trzykrotnie jest mowa o Jego spojrzeniu), i mówi: „Chodź za Mną”.

— Ale przedtem mówi wyraźnie: „Wszystko wyprzedaj, wszystko oddaj”?

— Tak, ale oznacza to dokładnie: „Stań się wolny, żebyś mógł iść za Mną”.

A zatem nie jest to lekcja smutku, lecz wielkiej radości. Jeśli ktoś myśli, że pójście za Jezusem nie jest wyprawą w poszukiwaniu szczęścia, niech lepiej zamknie Ewangelię. Bogaty młodzieniec, który rzuca się Jezusowi do nóg, poszukiwał szczęścia, lecz odszedł zasmucony. Temu, który, jak się to mówi, miał wszystko, żeby być szczęśliwym, Jezus stawia diagnozę: „Jednego ci brakuje”. Biada, jeśli i nam tego brakuje. Tą cenną rzeczą jest możliwość pójścia za Jezusem. A to wymaga owego osławionego wyzwolenia! „Idź, wyzbądź się tego, co cię zatrzymuje, sprzedaj wszystko, żeby nabyć wolność pójścia za Mną”.

— No i to właśnie jest problem! Powracamy do „wyprzedaj wszystko”. Czyżbyśmy mieli iść za Jezusem, nie mając co włożyć na grzbiet? — Jezus miał się w co ubrać i nie był nędzarzem. Jezus nie doznawał nędzy. Jadł i pił tak jak wszyscy i nawet zgodził się na tak szalony wydatek jak olejek, który ofiarowała Mu Magdalena. Ale nic Go nie zniewalało i mógł wypełnić aż do końca to, czego wymagała miłość. Mówiąc: „Chodź!”, Jezus wzywa nas do pójścia tą właśnie drogą: mamy się wspinać na szczyty miłości, a nie na szczyty ogołocenia. Dlaczego zawzięliśmy się, ażeby ewangeliczną radę ubierać w szatę ascetycznego wyrzeczenia? Wyrzeczenie, owszem, ale żeby wyzwolić się z wszystkiego, co przeszkadza nam kochać i służyć. Nic tak nie ogałaca, jak chęć bycia wolnym.

Bardzo prędko zaczynają zniewalać nas srebrne łańcuchy: posiadamy za dużo albo za mało. Ktoś powie, że jest to poważna różnica. Jeśli chodzi o naszą wolę kochania, różnica nie jest wcale taka wielka. Bogactwo być może zadusza tę wolę kompletnie, ale finansowe kłopoty ostatnich dni miesiąca także zamykają nam serca. Jezus jest bardzo nieufny wobec trosk, które tak bardzo nas zajmują, że w końcu myślimy już tylko o sobie.

Ale w tym fragmencie potępia On właśnie bogactwo. Po raz kolejny stwierdza, że psuje ono najlepszych. Bogaty młodzieniec był niezwykle dobry, pragnął iść dalej. „Jezus spojrzał na niego z miłością”. Niestety, domyślamy się, że to, co posiadał, tak bardzo go krępowało, że niemożliwe było poprowadzenie go dalej drogą miłości. „Tak jak niemożliwe byłoby przeprowadzenie wielbłąda przez ucho igielne”. Wobec tego barwnego, ale przerażającego obrazu uczniowie oceniają, jak trudno jest iść za Jezusem: „Któż więc może się zbawić?”.

Prędzej czy później każdy człowiek staje wobec takiej niemożności: „Panie, dalej już nie jestem w stanie za Tobą iść”. Ale zarówno do bogatych jak i do ubogich Jezus wypowiada słowo, które może przemienić zniechęcenie w próbę ufności: „U Boga wszystko jest możliwe”. Nie jest to słowo człowieka, jest to słowo Boga, warto więc wszystko rozprzedać i rzucić się w tę ufność: „Z Tobą nie ma nic niemożliwego”. Ramię Boga jest dosyć silne, aby nas wydobyć z egoizmu i trosk. Kiedy Jezus mówi: „Bądź wolny”, jest to wymaganie, ale również dar.

Aby zrozumieć slowa Jezusa i Jego misję trzeba spotkać się z Nim najpierw na modlitwie. Tutaj dokonuje się przemiana czlowieka zagubionego, zapatrzonego w bogactwa materialne i skarby tej ziemi. Wydaje się nieraz, że Bóg milczy nie odpowiada. Na początku modlitwy najtrudniej jest znieść milczenie Boga. Później ogarnia nas pragnienie bycia wysłuchanym. Człowiek chce się wygadać, a czasem i wypłakać również przed Bogiem. I dobrze, że tak jest. Modlitwa opiera się jednak na oczekiwaniu. Niestety, wielu szybko traci cierpliwość, zniechęca się i aby tylko wypełnić obowiązek, poprzestaje na formułkach wyrecytowanych na pamięć albo w najlepszym wypadku zadowala się spontanicznym monologiem. A przecież wydają się słuszne słowa S. Kierkegaarda, iż „w modlitwie nie chodzi o to, aby Bóg usłyszał treść modlitwy, lecz o to, aby modlący się kontynuował modlitwę aż do momentu, kiedy sam usłyszy to, co Bóg chce mu powiedzieć”. Ten, kto naprawdę się modli, chce jedynie słuchać. Św. Jan Vianney pytany o swoją osobistą modlitwę, zwykł odpowiadać; „Ja na Niego spoglądam i On spogląda na mnie i razem jesteśmy szczęśliwi”.

Ilu ludzi jest dzisiaj szczęśliwych na modlitwie? A może za mało uświadamiamy sobie obecność Jezusa i Jego spojrzenie? Mówią nam o tej Obecności i o tym Spojrzeniu wszystkie Ewangelie.

Jezus jest tak bardzo obecny na kartach Ewangelii, w życiu Apostołów, że niemalże widzimy go naszymi oczami. Zmartwychwstały Jezus-Emmanuel, „Bóg z nami”, i nieustannie realizująca się Jego obietnica: „Jestem z wami po wszystkie dni, aż do skończenia świata” napawa takim pokojem i radością, że trudno zrozumieć, jak można kwestionować Jego obecność. Przypomina mi się zasłyszana historia: „nawiedzony” krzyczy w kościele na cały głos: „Nie ma Boga, nie ma Boga”. Ponieważ krzyk narasta, z konfesjonału wychyla się staruszek spowiednik i pyta: „A co się stało? Przecież zawsze był!”.

Druga sprawa to spojrzenie Jezusa. Jest to spojrzenie Boga-Człowieka. Nie zawsze było ono łagodne. Jezus potrafił spojrzeć z wyrzutem — tak spojrzał na Piotra, gdy trzeba było go skarcić — a także ze smutkiem, gdy Piotr się Go zaparł. Spojrzał nawet z gniewem, widząc zatwardziałość faryzeuszów . Najczęściej jednak Ewangelie wspominają, że Jezus podnosił wzrok i spoglądał w górę, w niebo. Najpiękniejsze zaś określenie spotykamy w dzisiejszej perykopie ewangelicznej: Jezus „spojrzał z miłością” na tego, który pytał Go: „Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?”.

Gdy będziemy prosili Pana o odpowiedź, nie pozostawi nas bez słowa. Owszem, Jego żywe słowo jest zawsze skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny. Jednak gdy przyjrzymy się ojcom pustyni, zrozumiemy, że aby usłyszeć to słowo, byli gotowi opuścić wszystko i trwać godzinami, czując nad sobą spojrzenie Boga-Miłości. Znamy pieśń „Być bliżej Ciebie chcę”. Rzadko śpiewamy trzecią jej zwrotkę, która brzmi: „Choć jak wędrowiec sam idę przez noc, w Tobie niech siłę mam i w Tobie moc. Gdy czuwam i wśród snu, czy słońce jest czy mrok, niechaj mnie strzeże Twój, o Panie wzrok”.

Spojrzenie należy do kultury osobistej każdego z nas. Czy potrafimy spojrzeć sobie w oczy przy powitaniu? Mówimy o spojrzeniu nieszczerym, podejrzliwym, niechętnym. Są też spojrzenia pogodne, radosne, wdzięczne, poważne, czujne, badawcze. Spojrzenie pogodne, radosne jest szczególnym znakiem ukrytych w głębi serca wartości. Czyjeś spojrzenie może „obudzić mnie we mnie”, wydobyć pokłady dobra jeszcze nieodkryte. „Modliłem się i dano mi zrozumienie, przyzywałem i przyszedł na mnie duch mądrości”. Żyjemy w świecie, gdzie często zastępuje się wartości wyższe niższymi: zamiast szczęścia pojawia się zadowolenie, zamiast świętości — sukces, zamiast prawdy — informacja, zamiast piękna — snobizm, zamiast wierności — nowość. Jezu, pomóż nam skierować wzrok ku górze, ku niebu. Skąd nadejdzie dla mnie pomoc? Pomoc moja u Pana.

Dlatego Moi Drodzy, zrewidujmy zatem w świetle dzisiejszej Ewangelii nasz podejście do tego co posiadamy. Zapytajmy siebie czy broń Boże nie jesteśmy niewolnikami tego co z takim wysiłkiem zgromadziliśmy. Czy nie trzęsiemy sie nad każdą monetą i czy umiemy dzielić się tym co posiadamy z ludzmi biedniejszymi od nas? Pamiętajmy, że niebo zdobywa się za pieniądze ktore ofiarujemy innym. Na modlitwie postarajmy się odpowiedzieć na to ważne pytanie.