NASZ DZIENNIK
Czwartek, 13 listopada 2008, Nr 265 (3282)
Dział:
Myśl jest bronią
Transcendentalna Medytacja w szkołach? (2)
Przemilczane zagrożenia ze strony technik
orientalnych
Ks. dr Aleksander Posacki SJ
Propagatorzy Transcendentalnej Medytacji piszący w "Trendach" (nr
4/2008), internetowym czasopiśmie edukacyjnym będącym organem Centralnego
Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli, powołują się na problematyczne badania
naukowe. Przedstawiane przez nich groteskowe wykresy aż śmieszą swoją nachalną
arbitralnością i apodyktyczną jednostronnością. Wynika z nich, że TM
"wszechmocnie" nie tylko redukuje stres i chroni przed chorobami psychicznymi,
ale też obniża ciśnienie, łagodzi objawy chorób serca i astmy, niweluje nałogi,
zapobiega miażdżycy, a nawet nowotworom. Tymczasem wyciszanie zagrożeń ze strony
TM i innych podobnych technik orientalnych jest ogromnie
niebezpieczne.
Z przytaczanych przez zwolenników Transcendentalnej
Medytacji (TM) badań ma również rzekomo jednoznacznie wynikać, że TM jest
najprostszą procedurą, która może rozwinąć życie każdego człowieka i każdego
społeczeństwa do jego doskonałości i pełni, gdzie problemy są postrzegane
inaczej, a zdrowie, szczęście i szybki postęp wiedzy są naturalnymi cechami
życia. TM rozwija bowiem nieskończone podobno możliwości mózgu i związane z tym
zasoby kreatywności i sukcesu, przekraczające wszelkie ludzkie wyobrażenie, co
oczywiście ma dotyczyć przede wszystkim uczniów, dzieci i młodzieży. Stąd
projekt "Idealnej Edukacji" (zob. A. Posacki, "Transcendentalna Medytacja w
szkołach? Ministerstwo Edukacji a sekciarski hinduizm", "Nasz Dziennik" z
24.10.2008 r.).
Chciałoby się w tym kontekście dodać, że kto nie skorzysta z
tej podobno bezspornej szansy, jest oczywiście głupcem i szkodnikiem społecznym.
Powinien być napiętnowany, a przynajmniej wyszydzony. Okazuje się jednak, że ten
szantaż emocjonalny i intelektualny nie ma ostatecznie podstaw naukowych, a
wyciszanie zagrożeń ze strony TM i innych podobnych technik orientalnych jest
niewyobrażalnie tendencyjne i ogromnie niebezpieczne. Przyczynia się ono bowiem
do szkód psychologicznych i duchowych, a w konsekwencji - społecznych i
kulturowych, na ogromną i globalną skalę. Proporcjonalnie zresztą do
totalistycznych zamierzeń guru Mahrishiego i jego wiernego ucznia, znanego
reżysera Davida Lyncha, który ma ostatnio duży udział w szerzeniu tego -
dotyczącego TM i opartego na dezinformacji - zamętu, także w
Polsce.
Zagrożenia zdrowia psychofizycznego w opinii psychologów i
lekarzy
Janusz Szeluga, Piotr Pankiewicz i Danuta Szemrowicz są autorami
artykułu pt. "Zagrożenia medytacji transcendentalnej", który został opublikowany
w lubelskim czasopiśmie naukowym "Annales Univesitatis Mariae Curie-Sklodowska",
Vol. LIX, Suppl. XIV, 548, Sect10D, 2004. Autorzy piszą zgodnie, że "medytacja
transcendentalna jest techniką odwołującą się do energetycznych zasobów
organizmu i możliwości ich regeneracji przez sięgnięcie do zasobów
energetycznych kosmosu i wszechświata. Bywa ona zaliczana do procedur
łagodzących stres, pozwalających na przywrócenie czy uzyskanie równowagi
psychofizycznej. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że zawiera ona pewne
zagrożenia, powodując w niektórych przypadkach więcej szkody aniżeli
korzyści".
Autorzy już w pierwszym zdaniu wskazują na założenia metafizyczne
czy światopoglądowe TM, nie zauważając wszakże znaczenia tego faktu jako
stojącego w opozycji do twierdzeń o czystej naukowości czy neutralności TM.
Dostrzegają jednak zagrożenia z pozycji czysto psychologicznych, co powinno nam
wystarczyć. Stwierdzają oni, że "medytacja w 'pozycji medytacyjnej', zwykle obca
naszym schematom ruchowym, powoduje z reguły odczucia negatywne: mrowienie,
drętwienie, napięcia, bóle, uniemożliwiające w zasadzie oderwanie się od
poczucia dyskomfortu. Przepływ energii powoduje odczucia zwiększania się zasobu
sił fizycznych i psychicznych. Może być jednak niewskazana dla osób o labilnej
równowadze psychicznej, niezrównoważonych psychicznie, psychopatycznych czy z
tendencjami do zaburzeń psychicznych, jak i uzależnionych od narkotyków czy
alkoholu. Medytacyjny spokój pozwala bowiem na ujawnianie się stłumionych czy
nieuświadomionych wcześniej niedomagań, a niekiedy może spowodować ich
wystąpienie" (por. dz. cyt.).
W takiej sytuacji np. "osoba o słabym ego w
sytuacji uświadomienia sobie wypartych treści pod wpływem medytacji zareaguje
silnym lękiem. Dojdzie u niej do osłabienia mechanizmów obronnych, które
pomagały radzić sobie z wewnętrznym konfliktem. W efekcie może dojść do
załamania i dezorganizacji funkcjonowania psychologicznego" (por. dz. cyt.). W
tym kontekście dezintegracji psychicznej mogą się też pojawić niebezpieczne
uzależnienia od medytacji, gdzie "psychologiczne mechanizmy uzależnienia dotyczą
również struktury 'ja'. W strukturze 'ja' są zapisywane doświadczenia doznawania
'odlotu', przekraczania własnych granic. Są to złudne myśli o poczuciu własnej
mocy [podkr. A.P.]. U osób uzależnionych od medytacji poczucie mocy 'pryska jak
bańka mydlana', gdy przestają medytować. Powraca bolesna rzeczywistość, uczucie
beznadziejności, zagubienia i lęku. Nie mają oni szansy budować realnego obrazu
siebie. Pod wpływem medytacji obraz siebie jest przejaskrawiony, po zaprzestaniu
nadmiernie zdeprecjonowany" (por. dz. cyt.).
Cytowani autorzy dodają również,
że "medytacja nie jest wskazana dla osób w zaawansowanym wieku, osłabionych,
chorych, cierpiących na zaburzenia układu oddechowego, krążenia, trawiennego i
wydzielania wewnętrznego" (por. dz. cyt.). Badania prof. Richarda P. Hayesa
wykazały, że chorzy na cyklofrenię (występują u nich przemiennie okresy depresji
i manii) po medytacji odczuwają jeszcze większe wahania nastrojów. Lista
przeciwwskazań coraz bardziej się więc powiększa, a wraz z nią liczba osób,
które mogą być zagrożone, co dotyczy także dzieci.
Lekarze coraz częściej
ostrzegają, że medytacja może szkodzić - powodować zaburzenia odżywiania,
nerwice i prowadzić do depresji. "Takie sztuczne niwelowanie smutku jest jak
podpieranie zapałką wskaźnika paliwa w samochodzie" - przekonuje dr Andrew
Newberg, neurofizjolog z Medical Center University of Pennsylvania. Jego badania
ujawniły, że techniki medytacyjne poprawiają nastrój i działają podobnie jak
leki na depresję, ale ich wpływ na psychikę jest jedynie chwilowy. Medytacja co
prawda zwiększa wydzielanie serotoniny nazywanej hormonem szczęścia, ale później
poziom tego neuroprzekaźnika szybko się zmniejsza, a nurtujące kłopoty powracają
jak bumerang. Ci, którzy nie radzą sobie w życiu i są pełni wewnętrznych napięć,
podczas medytacji odczuwają ulgę, ale jest ona tylko doraźna - twierdzi dr Maria
Golczyńska z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Po zakończeniu
medytacji powraca lęk, mija poczucie bezpieczeństwa. Powstaje błędne koło
sprawiające, że medytacja staje się nałogiem, uzależnieniem psychicznym, ale
czasem także formą duchowego zniewolenia.
Zagrożenia w obszarze
religii i duchowości
Tylko w USA medytację uprawia ponad 10 mln osób -
dwukrotnie więcej niż przed 10 laty. Wielu oczekuje, że zapewni im to sukces
zawodowy, długowieczność i da poczucie sensu życia. Medytacja jest jednak często
- jak w przypadku TM - praktyką duchową i inicjacyjną, która nie może być
bezprawnie "psychologizowana" i "medykalizowana", co jest jednak na porządku
dziennym. Same kryteria psychologiczne czy medyczne są w ocenie praktyk
duchowych niewystarczające. Wynika to także z faktu, że uprawianie takich
technik duchowych na własną rękę - sama "psychologizująca" zmiana nazwy nie
zmieni bowiem rzeczywistości - może to okazać się niebezpieczne w wymiarze
duchowym.
Te zasady dotyczą zarówno praktyk hinduistycznych, jak i
buddyjskich - w ogólności. Buddyści w okresie klasycznym (VII, VIII w. po
n.Chr.) twierdzili, że im adept jest bliżej oświecenia, tym bardziej wystawiony
jest na ataki złych mocy. I stąd np. halucynacje zwidy i majaki podczas
medytacji. Uczono młodych, że zobaczenie Buddy w jednej z wizji jest zawsze
ostrzeżeniem, iż podąża się w złym kierunku. Wizje bywały piękne i przyjemne,
chodziło bowiem o powstrzymanie adepta na drodze do oświecenia. Opisywano też
przypadki, kiedy adept w wyniku medytacji uzyskiwał nadnaturalne czy
paranormalne zdolności, takie jak lewitacja, chodzenie po wodzie czy
jasnowidzenie. To również były "dary" od złych mocy, które miały odciągnąć umysł
adepta od właściwej drogi. Ostrzega przed tym wyraźnie Joga Patandżalego.
Tymczasem praktyki-zjawiska paranormalne, jak np. lewitacja, nie tylko nie są
zakazane, ale wręcz nakazane w TM, gdyż są - niezgodnie zresztą z tradycją
każdej mistyki - traktowane jako cel rzekomego rozwoju duchowego. Ten fakt
jeszcze dodatkowo zwiększa niebezpieczeństwa uprawiania TM.
Potwierdzają ten
fakt od strony naukowej J. Szeluga, P. Pankiewicz i D. Szemrowicz, którzy piszą
także, że "wśród doznań związanych z uprawianiem medytacji najistotniejszą grupę
stanowią skomplikowane fizyczne i psychiczne odczucia w głowie, np.: doznania
bólowe, zawroty głowy, poczucie radości, euforii, jasności umysłu, otępienie,
zamroczenie, letarg, trans o charakterze religijnym" [podkr. A.P.]. Zjawiska te
potwierdzają nie tylko na gruncie teorii, ale także praktyki, że TM ma charakter
religijny, duchowy oraz inicjacyjny, a nie czysto psychofizyczny czy neutralny
naukowo.
W książce "Śmierć guru" Rabi R. Maharaj opisuje swoje przeżycia z
okresu, kiedy codziennie stosował TM. Pisze on: "W czasie moich codziennych
medytacji zacząłem mieć wizje psychodelicznych kolorów, słyszeć nieziemską
muzykę, odwiedzać egzotyczne planety, gdzie rozmawiali ze mną bogowie,
zachęcając mnie do osiągnięcia wyższych stanów świadomości. Czasami w moim
transie spotykałem te same demoniczne istoty, które są przedstawiane w
świątyniach hinduskich, buddyjskich oraz innych religii. Było to przerażające,
lecz mój nauczyciel wyjaśniał mi, że to normalne i zachęcał mnie do
kontynuowania moich poszukiwań i dążeń do uświadomienia sobie własnego Ja.
Czasami przeżywałem poczucie mistycznej jedności ze wszechświatem" (Rabi R.
Maharaj, "Śmierć guru", Poznań b.d.w., s. 68-69).
Rabi R. Maharaj, dawny
hinduistyczny guru, uważający się kiedyś za boga, który nawrócił się na
chrześcijaństwo, poważnie zastanawia się nad faktem, że tak wielu narkomanów
miało te same przeżycia, co jogini. To, co jedni osiągali przez narkotyki,
drudzy osiągali przez wschodnią medytację. Narkotyki wywołują odmienne stany
świadomości, podobne do tych, których doświadcza się w medytacji. Pisze on o
tym, że "przerażające doświadczenia psychiczne zagrażały nieostrożnemu
człowiekowi, pogrążonemu w medytacji. Przypominały one widzenia towarzyszące
zażywaniu narkotyków" (por. dz. cyt.).
Medytacja transcendentalna jest
określana jako serce Jogi, którą Kryszna zaleca jako najpewniejszą drogę do
wiecznego szczęścia. Jest to więc substytut chrześcijańskiej drogi zbawienia,
ale bez świadomości grzechu i potrzeby ekspiacji, nieodłącznej od cierpienia,
którego wartości tu się zaprzecza. Dlatego Rabi R. Maharaj zauważa, że TM może
być bardzo niebezpieczna, także z racji duchowych. Według niego, "znane były
przypadki, gdy demony opisywane w Wedach zawładnęły niektórymi jogami. Moc
kundalini, o której mówiono, że leży zwinięta jak wąż u podstawy kręgosłupa,
uwalniana w głębokiej medytacji, mogła wywołać doświadczenia ekstatyczne, mogła
też - jeżeli nie była właściwie kontrolowana - spowodować wielkie szkody na
umyśle i na ciele. Granica między ekstazą a horrorem była bardzo delikatna"
(por. dz. cyt.).
Tu łączą się problemy psychologicznych uzależnień ze
zniewoleniami duchowymi czy demonicznymi. Doświadczył tego o. Jacques Verlinde,
który był egzorcyzmowany i przez wiele lat leczył rany po tych zniewoleniach
duchowych i emocjonalnych. Był on przez wiele lat bliskim współpracownikiem
Maharishiego. Wspominał potem, że w czasie inicjacji w TM (która polega na
oddaniu hołdu bóstwom hinduskim oraz uważanym za bogów guru-protoplastom TM),
wił się po ziemi jak wąż, całkowicie straciwszy kontrolę nad sobą. Dziś dobrze
wie, że odmawianie mantry, które otrzymuje obowiązkowo każdy inicjowany w TM, to
ewokacja świata duchów czy demonów, otwierająca na opętanie.
Ten demoniczny
świat widzimy także w twórczości Davida Lyncha, jednego z czołowych praktyków i
propagatorów TM, także w Polsce i coraz częściej pośród dzieci. Dnia 21 lipca
2005 r. w swoim domu w Hollywood Lynch, ojciec trojga dzieci, oficjalnie ogłosił
powstanie Fundacji Davida Lyncha dla Edukacji i Światowego Pokoju w Oparciu o
Świadomość. Jej cel to zebranie tylu pieniędzy, by móc szkolić każde
amerykańskie dziecko, które zechce praktykować TM. A jednak doświadczenie
infernalne Davida Lyncha, któremu odpowiadają jego filmowe i artystyczne wizje,
stoi w sprzeczności z orędziem miłości i pokoju, propagowanym przez TM. Na te
sprzeczności zwracali uwagę rozmaici krytycy na całym świecie. Czy piekielne
wizje ukazujące duchowe zło w "Zagubionej autostradzie" czy postrzeganie świata
oczami demonów w "Mulholland Drive" i innych filmach Lyncha mają jakiś związek z
propagowaną przez niego Transcendentalną Medytacją? Na to ważne pytanie postaram
się odpowiedzieć innym razem.
www.naszdziennik.pl