Dzisiejsze (02-21-2021) Rozważanie   

    Drogie Siostry i Bracia w Chrystusie, gdyby za czasów Jezusa istniał jakiś sensacyjny Izrael-Matin, tego dnia na pierwszej stronie pojawiłby się tytuł: „Skandal w Świątyni”. A w artykule czytalibyśmy: „Jezus, młody prorok z Galilei, za pomocą bicza wypędził świątynnych kupców. Świadkom, którzy zażądali od niego wyjaśnień, ośmielił się mówić o zburzeniu Świątyni!”. Świadkowie ci mogli doskonale zrozumieć, że czynem tym oraz prorockimi słowami Jezus objawiał się jako Mesjasz. Pisma bowiem zapowiadały, że Mesjasz oczyści Świątynię: „Nie będzie już przekupniów” — pisał Zachariasz. A jeszcze wyraźniej zapowiadały tajemniczą nową Świątynię, „dom modlitwy dla wszystkich narodów” (Iz 56,7).

W rzeczywistości tego dnia nikt, nawet uczniowie, nie zrozumiał. Jan lubi kłaść nacisk na to niezrozumienie, aby zmusić nas do pójścia głębiej. Podobnie jak inni ewangeliści wydaje się tylko opowiadać, ale w swoją opowieść wplata słowa, które muszą obudzić naszą czujność. Tutaj: „dom mojego Ojca” — błysk światła na boskie synostwo Jezusa. A zwłaszcza pierwsza aluzja do zmartwychwstania poprzez słowo „wznieść”, które należy do słownictwa odnoszącego się do zmartwychwstania: — Wzniosę tę świątynię na nowo. — Ty ją wzniesiesz na nowo?. Zrozumieli te słowa, gdy Jezus zmartwychwstał.

My również możemy zrozumieć „po Zmartwychwstaniu”, ponieważ Ewangelie są ponownym odczytaniem czynów i słów Jezusa w świetle wydarzeń paschalnych. Ale Jan, przedstawiając systematycznie sytuacje, w których dochodzi do nieporozumienia, chce nas czegoś nauczyć. Na przykład, Żydzi trzymają się tutaj kurczowo myśli o Świątyni budowanej przez czterdzieści sześć lat, a która miałaby być odbudowana w trzy dni. Tymczasem jest to tak niesamowite, że powinno nas to zaalarmować: o jaką świątynię chodzi?. Teraz, gdy już jesteśmy czujni, możemy właściwie przyjąć odpowiedź wersetu 21 i 22, które są kluczem do tej typowej dla Jana całości (żywe opowiadanie, po którym następuje drażliwa dyskusja): „On zaś mówił o świątyni swego ciała i zrozumieli to, gdy zmartwychwstał”.

Sprawa świątyni rozwija się zatem w dwóch etapach. Przyjmując najpierw żydowską religię Świątyni taką jaka jest (a Jego gest odnosi się do każdej świątyni), Jezus czyni gest profetyczny, to znaczy spektakularny, aby przywrócić wszelkim religijnym gestom bardziej stosowną atmosferę: nie można modlić się w kramarskim zgiełku. Idąc dalej, Jezus zakwestionuje wszelkie zbyt konkretne zakotwiczenie w tym czy innym miejscu modlitwy. „Wierz mi — powie do Samarytanki — że ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca”. Żeby istniała świątynia, potrzeba dwóch rzeczy: obecności Boga oraz czcicieli „w Duchu i prawdzie”. Tu rozpoczyna się drugi etap sprawy świątyni: „Mówił o świątyni swojego ciała”. Od momentu Wcielenia, od chwili, w której Bóg przyszedł, aby zamieszkać pośród nas w Jezusie, ciało Jezusa, to znaczy Jego człowieczeństwo, jest obecnością Boga. Od tej pory miejscem każdego kultu jest ta „świątynia”.

Czyż chodzi jedynie o ciało człowieka, tę dziwną i lichą przestrzeń modlitwy? W tym miejscu należałoby wyszczególnić wszystkie rzeczywistości, wiążące się z wyrażeniem: ciało Chrystusa. Zrozumienie ich było możliwe dopiero po Zmartwychwstaniu, kiedy chwalebne ciało Chrystusa stało się światłem Zmartwychwstania, w którym każdy człowiek może spotkać się z Bogiem. Ciało Chrystusa to także ciało eucharystyczne, które stanowi centrum chrześcijańskiej liturgii. I jest to także każdy człowiek! W odniesieniu do każdego człowieka — trzeba to mocno podkreślić, gdyż jest to prawda podstawowa — sprawowana jest niezwykła liturgia braterska, sakrament brata, o którym mówi Jezus: „Cokolwiek czynicie moim braciom, Mnie czynicie”. Czy można wyobrazić sobie silniejszą, bardziej poruszającą więź z samym Bogiem w Jezusie Chrystusie?

I wreszcie ciało Chrystusa to cały Kościół, świątynia Boga. I zbawiona ludzkość, gdy przez Chrystusa „Bóg będzie wszystkim we wszystkich”. Apokalipsa mówi: „nie ma świątyni, bo świątynią jest Pan”. Nasze rozważanie prowadzi nas do bezpośredniej więzi z Bogiem, obrazem, który powinien oczyścić nasze przestrzenie modlitwy i nasze postępowanie podczas modlitwy. Liczy się tylko cześć, jaką oddajemy Bogu, i Jego Obecność. Czasem potrzebne jest nam miejsce modlitwy — dla nas samych, a przede wszystkim dla sprawowania liturgii — ale jeśli Pan nie jest w nas i pośród nas, chodźmy szukać bicza.

W listopadzie 1939 r. minister Oświecenia Publicznego i Propagandy Trzeciej Rzeszy, dr Joseph Goebbels, wizytował kilka polskich miast w tej części podbitej Polski, która została przemianowana w Generalną Gubernię. Po przyjeździe do Warszawy odnotował w swym „Dzienniku”: „społeczeństwo jest apatyczne, szare, a ludzie pełzają po ulicach jak insekty, (..) był to widok odrażający i trudny do opisania”. Po krótkiej obserwacji doszedł też do wniosku, że nie można w żaden sposób dopuścić do odrodzenia kultury polskiej, lecz należy ludzi czymś zająć i zabawić. Jednym ze sposobów było otworzenie jak największej ilości kin. Wkrótce, zgodnie z planem ministra, oferowały one „zabawowy repertuar”. Filmy były starannie dobrane: „Twoja żona moją żoną”, „Kochałem cztery kobiety”, „Szaleństwo ciał”, „Tylko dla dorosłych”, „Szczęśliwy harem”, „Pod figowym listkiem” itp. W teatrze grano sztuki: „Pijany Walter”, „W pijanym widzie”, „Humor, wdzięk i bar”, „Pocałunek i rum”, „Drinki i pocałunki”. Polaków, których zaliczono do podludzi, rozweselano seksem i alkoholem. Traktowani jako maszyny do pracy byli w ten sposób dodatkowo pozbawieni kultury narodowej, aspiracji intelektualnych, moralnych i emocjonalnych. Minister Goebbels mówił: „Musimy polską kulturę całkowicie wykorzenić”. A tymczasem jednym z frontów walki podziemnej w okupowanej Polsce była walka o kulturę, zaśmiecaną i celowo niszczoną przez okupanta.

Bardzo łatwo jest dopuścić do zaśmiecenia własnego podwórka duszy treściami błahymi, byle jaką rozrywką, życiem bez ambicji. Każdego dnia, wybierając program, film, książkę, gazetę, towarzystwo, sposób spędzenia wolnego czasu, podejmujemy ważną decyzję o tym, co i kto będzie zapełniał nasze myśli, serca i uczucia. Hinduski poeta, Gopal Singh, zauważył: „Bracia moi, los niszczy nas w dwojaki sposób: kiedy odrzuca nasze życzenia albo gdy je spełnia. Kiedy jednak pragnie tego, czego Bóg chce, unika jednego i drugiego. Człowiek Boży bowiem przegrywa ze światem, ale wygrywa z Bogiem, traci swoją doczesną cząstkę, ale zyskuje wieczność — jak poczwarka, która nagle budzi się ze snu i prostuje do lotu nie zauważone dotąd skrzydła”.

Interwencja Jezusa w świątyni jerozolimskiej jest obrazem oczyszczającego wkroczenia Boga w serce człowieka. On nie może zaakceptować miernoty ofert, krzyku fałszywej reklamy, obietnic bez pokrycia, czy licznych „złotych cielców”, wokół których współczesny człowiek tańczy bez opamiętania odprawiając swe bałwochwalcze rytuały. Liczne bożki naszego życia, jak zdrowie, piękno, bezpieczeństwo, szczęście, sukcesy, pieniądze, przyjemności, seks, dostatek, władza, kapitał — czynią z nas niewolników, niezdolnych do krytycznego spojrzenia na siebie i podsuwane nam oferty.

„Sprzedający w przedsionkach świątyń”, według św. Augustyna, komentującego w homilii tę scenę, to ci, „którzy swego szukają w kościele, a nie tego, co jest Jezusa Chrystusa. Za towar przeznaczony do sprzedaży uważają wszystko ci, co nie chcą być odkupieni: nie chcą być nabyci, a tylko sprzedawać”. Żądanie Jezusa pozostaje niezmienne. Od każdego domaga się On tego samego, by „porzucił dawnego człowieka i przyoblekł człowieka nowego, stworzonego według Boga w sprawiedliwości i prawdziwej świętości”.